Powieściolog — z czym to się je?

Na pewno wiesz, o czym mówię. Napisałeś opowiadanie, esej, książkę i po właściwie wybłaganiu wszystkich znajomych, rodziny i rodziny znajomych o rzucenie okiem, dostałeś pierwsze recenzje. Niektórzy powiedzieli Ci, że nic o pisaniu nie wiedzą, ale chyba jest ok. Inni, nieco pewniej, wyrazili swój zachwyt, poprawili parę przecinków i zasugerowali rozwój historii (z którym niekoniecznie się zgadzasz). I mimo iż wydaje Ci się, że to jest właśnie to, o co Ci chodziło, kiedy szukałeś tych wszystkich opinii- to teraz siadając do edycji, nie czujesz się mądrzejszy. Ba! Wątpisz we wszystko, a już najbardziej wątpisz w opinie swoich znajomych. Czy naprawdę nie trzeba niczego zmieniać? Czy moja powieść jest właściwie do wydruku? I każdemu — zupełnie każdemu — się podoba? Czy może to zbyt piękne, żeby było możliwe?

Obawiam się, że to ostatnie jest najbliższe prawdy. Sama spędziłam wiele lat szukając opinii na temat moich tekstów u znajomych i rodziny. Moim pretekstem było to, że szukam opinii wśród potencjalnych czytelników, ale czy na pewno moją docelową publicznością jest Ciocia Marysia i Wujek Stefan oraz Beata z ławki przede mną? No nie…

Wszystko zmieniło się, kiedy po raz pierwszy dałam mój tekst do przeczytania profesjonalnemu pisarzowi; i mówiąc “wszystko” mam na myśli “ABSOLUTNIE WSZYSTKO”. Zdałam sobie sprawę, że proszenie o pomoc nie-autorów to tak jak radzenie się mechanika w sprawie zapalenia pęcherza — możliwe jest, że cośtam gdzieśtam wie, ale raczej profesjonalnej i zaufanej opinii nie dostanę.

Czytając swój tekst poprawiony przez profesjonalnego pisarza zauważyłam, że dotychczas nie wiedziałam nic o pisaniu.

ZUPEŁNIE NIC.

Po kilku latach codzienniego pisania, nigdy nie zastanawiałam się nad miejscem każdego, pojedyńczego słowa w moim tekście. Nie wiedziałam, co to klisze, a długie opisy i przysłówki były moim zdaniem tym, co dodaje historii urody. Karmiłam czytelnika, tłumaczac każde zdanie tysiąc razy na pierdyliard różnych sposobów. Moja historia miała setki pod-historii, dwa tysiące bohaterów, którzy pojawiali się tylko po to, żeby wypowiedzieć jedno zdanie i logikę świata, której sam Einstein by nie ogarnął. I to był dopiero początek.

Parafrazując znaną reklamę — dzisiaj sama jestem pisarzem i na wspomnienie tych czasów, kiedy babcia próbowała rozczytać moje pismo, kiedy w końcu udało mi się jej “sprzedać” moje opowiadanie, uśmiecham się szeroko. Nie wróciłabym tam za nic.

Na tym blogu będę więc pisać o pisaniu jak na pisarza przystało. Będę rozważać problematyczne zdania (te złe i te dobre), analizować historie z każdego gatunku; bawić się z bohaterami (płytkimi jak klisza i głębokimi jak jeszcze gorsza klisza) i narzekać lub zachwycać się tym, co na rynku wydawniczo-artystyczno-kulturalno-pisarskim się dzieje. Ogólnie będzie fajnie.

Like what you read? Give Powiesciologia a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.