Yass – zjawisko efemeryczne
Jazz, nim doczekał się zasłużonej popularności, szedł długą i wyboistą drogą. Z biegiem lat przeniknął z afrykańskich dzielnic do znaczących wytwórni; z zadymionych tancbud do nobliwych sal teatralnych całego świata. W dyskusji o obliczach jazzu można przerzucać się nazwiskami – Davis, Coltrane, Baker, Ellington, a niech będzie i polskimi: Stańko, Komeda… — rozmowa taka wyraźnie konotuje z zagadnieniem kultury popularnej i masowości nie tylko samej muzyki, ale i gatunkowej tożsamości, wizerunku najbardziej rozpoznawanych artystów. Warto jednak pamiętać, że jazzowa różnorodność silnie zaznaczyła się na gruncie – można by rzecz – regionalnym, zostawiając współczesnym muzykom niepowtarzalną spuściznę i wciąż bijące, choć w ukryciu, źródło inspiracji. Tą inspiracją jest yass.
Czy yass jest gatunkiem muzyki? Nie. Może podgatunkiem? Faktycznie, okiem (a właściwie uchem) laika tak to swego czasu interpretowałem. Nic bardziej mylnego. Otóż poprzez yass rozumie się swoisty ruch w ramach muzyki alternatywnej w latach 90., z korzeniami u schyłku PRL-u i przykrymi, ostatnimi akcentami na przełomie wieków. Yass konsolidował w sobie wszelkie awersje wobec skostniałych struktur jazzowego imperium, yass dawał upust frustracji młodszych i starszych artystów, którym rok 89. przyniósł nie tyle wolność, co jej pewną iluzję. Yass czerpał z jazzu i punku, nie obrażał się na trafny wiersz, pijacki bełkot, czy szalony performance zakłócający przebieg festiwalu. Yass był po prostu zjawiskiem w muzyce, dziś stanowiąc jeden z silniejszych punktów historii sceny alternatywnej, szczególnie dwóch miejsc: Trójmiasta i Bydgoszczy.
To nie czas i miejsce na historię i teorię – moim zadaniem jest w tym miejscu sygnalizacja – stąd jedynie kilka przebłysków. Opowieść wydaje się zaczynać latach 80., wraz z działalnością Totartu – przedziwnego, kontrowersyjnego ruchu stojącego gdzieś na uboczu konfliktu na linii społeczeństwo – komuniści. O specyfice tego konglomeratu wiele mówi fakt, że skupiał w sobie dziś tak odległe sobie osoby, jak Robert Tekieli, Zbigniew Sajnóg i Paweł „Konjo” Konnak. Być może siła ich oddziaływania, połączona z niechęcią wobec zasiedziałych struktur takich monopolistów jak Polskie Stowarzyszenie Jazzowe, czy „Jazz Forum” pchnęła do działania nieznanych szerzej artystów. Tak powstała na przykład Miłość – niezależny, legendarny zespół, którego trzon stanowili dziś doskonale znani: Tymon Tymański (muzyk,, m.in. Tymański Yass Ensemble), Leszek Możdżer (jeden z najlepszych polskich pianistów), Mikołaj Trzaska (m. in. kompozytor soundtracków w filmach Smarzowskiego) i tragicznie zmarły perkusista Jacek Olter. Działalność Miłości to kwintesencja yassu: jazzowanie z punkowym podejściem, nieregularność, spontaniczność, często stuprocentowa improwizacja. W tle jointy, szalone podróże, bydgoski klub „Mózg” i zaskakująca, a jednocześnie owocna współpraca z legendarnym Lesterem Bowie. Poza Miłością, a zarazem na tej samej orbicie funkcjonowali tacy muzycy jak Tomasz „Gwizdek” Gwinciński, Sławek Janicki czy Jerzy Mazoll – dziś nadal aktywni, jednak trudno o tej twórczości powiedzieć: yass. Yass bowiem okazał się tworem efemerycznym, można było z niego wyrosnąć, postawić na profesjonalizm, zmierzyć się z zapisem nutowym, biznesem, wyjść od krytyki „Jazz Forum”, by trafić na szpalty tego pisma.
Yass pozostawił po sobie klub „Mózg”, grupy przyjaciół i wrogów, kilka płyt do których warto wracać (Trupy/Mazzoll&Arhytmic Perfection/Łoskot/Kury/Miłość/Trytony – et cetera). Dziś z tej tradycji czerpią jeszcze ciekawsze formacje: Sing Sing Penelope, Pink Freud, Contemporary Noise Sextet… Czy yass był zmuszony odejść w niebyt? Musiał być nietrwały w tej nerwowości, szarpanych akcentach improwizowanych koncertów… Musiał wreszcie oscylować swoją beztroską wokół realnie niebezpiecznej mocy. O tym myślę wspominając z jednej strony fenomenalne płyty (i związane z nimi reminiscencje twórców), a z drugiej samobójstwa Jacka Oltera i Tomasza „Świętego” Hessego, chorobę i śmierć Jacka Majewskiego, pochylając się nad grobem wybitnego Andrzeja Przybielskiego, zapalając znicz i uciekając myślami (dźwiękami) od świątecznego, cmentarnego zgiełku.
///
Warte uwagi: płyty wyżej wymienionych zespołów (i inne projekty wspomnianych artystów), jedyna monografia poświęcona yassowi: „Chłepcąc Ciekły Hel – historia yassu” Sebastiana Reraka oraz świetnie zrealizowany film „Miłość” w reżyserii Filipa Dzierżawskiego.