Nuda

Ludzkość, w toku swojego rozwoju, wymyślała różne sposoby na nudę. Można było zabijać czas leżąc, czytając, czy tam plując i łapiąc. Szybko jednak okazało się, że permanentne leżenie prowadzić może do całkowitej anihilacji, zaczytanie — zwłaszcza u tych o dużym temperamencie uwagi — wyprowadza na myślowe manowce, z których nie ma powrotu, natomiast plucie i łapanie? Cóż, kto ostatecznie chciałby tonąć we własnych wilgotnościach? Ludzkość zatem, po dogłębnym przemyśleniu kwestii, uznała, że najlepszym sposobem na nudę, dodatkowo aktywizującym wszystkie zmysły dostępne i takie, o których istnieniu nie miało się pojęcia, jak również zabezpieczającym na wypadek apatii, bezruchu, melancholii oraz wyjątkowo dokuczliwych zaparć, jest zorganizowanie sześciolatkowi imprezy urodzinowej. Na dwadzieścioro innych sześciolatków płci obojga. Zaczyna się zwyczajnie. Są plany, jest ekscytacja, tort z Darthem Vaderem zamawiany ze sporym wyprzedzeniem. Piszczałki, papierowe czapeczki, rurki, balony i talerzyki z motywem kupuje się już wprawdzie na chwilę przed, ale dobre poczucie wypełniana jakieś bliżej niezdefiniowanej misji rodzicielskiej nie opuszcza człowieka ani na chwilę, i szklanka jest w ogóle w połowie pełna. Cały czas. Wyobrażenia na temat swojej roli w całym tym przedsięwzięciu wahają się między wizją Mojżesza, przed którym rozstępuje się Morze Czerwone, a Terencem-„Not quite my tempo”-Fletcherem, zanim ten zacznie rzucać przedmiotami. Ogólnie: władza, posłuch, ociupinka niezbędnego lęku i szczypta, szczyptunia trwogi. No więc tam, gdzie kończy się nasza wyobraźnia, zaczyna się rzeczywistość. A rzeczywistość tego dnia była w nastroju figlarnym. Najpierw okazało się, że naczelny Mojżesz-Fletcher zapomniał paputków na przebranie i musi wdziać plastikowe ochraniacze w kolorze electric blue, które dają naprawdę niezły poślizg. Odczuwalny zwłaszcza, gdy idzie się, niczym uroczysta jednoosobowa procesja, z płonącym tortem. Ogólnie z każdą minutą przyjęcia ilość pewnego gruntu pod nogami kurczy się tak gwałtowanie, iż pod koniec jest się po prostu bohaterem filmów Rolanda Emmericha, patrzącym na koniec świata. Nie pomaga wystawienie na pierwszy ogień nieocenionego M., który omiatał wszystkich spojrzeniem Gliniarza w przedszkolu. Dzieciaki nie słyszały bowiem o Arnoldzie. I w ogóle nie interesuje ich nic poza bieganiem i ogólnym rozpierdzielaniem wszechświata. Ścierasz więc tort czekoladowy z białej bluzki, wytrzepujesz chrupki z włosów, chuchasz na zranienia, łagodzisz dramaty przyjaźniowe, gonisz wśród basenów kulkowych i odsikujesz delikwentów o pęcherzach wielkości orzecha laskowego. No i — nade wszystko — dmuchasz. Cała impreza mogłaby bowiem upłynąć pod hasłem: „No, ale nie nadmuchasz mi Pani balona?”. Wyszło tego ze dwadzieścia pięć balonów. Metodą usta-balon. Old-school. Żadnej nudy.