Poniedziałek

Poniedziałki powinny być dniem robienia rzeczy zwykłych. Żeby jakoś zrównoważyć traumę początku tygodnia. Ja poszłam na zakupy do Lidla. Zakupy — normalne, powszednie, harmonizujące zajęcie. Wybrałam co trzeba, wyłożyłam na taśmę i spokojnie czekałam w kolejce do kasy. Nagle zauważyłam, że zapomniałam o oleju kokosowym. Właściwie po to poszłam do Lidla. Po ten przeklęty olej. Odwróciłam się więc do człowieka za mną, a był nim miłym, młody chłopiec lat maksymalnie 21, taki niedorosły jeszcze, co to dopiero wyszedł z pryszczy i kompleksów. Ogólna czystość i niewinność w postawie, wzroku i białej koszulce polo wystającej spod swetra. Uśmiechnęłam się więc życzliwie uśmiechem starszej cioci Tereni, takim, co to jest z góry podziękowaniem za później wyświadczoną przez kogoś życzliwość, i chciałam, CHCIAŁAM powiedzieć, że lecę po ten olej, i gdybym nie zdążyła, a kolejka posuwała się szybciej, niż mi się wydaje, że się będzie posuwać, to niech weźmie swoje zakupy i zapłaci za nie przede mną. Tak chciałam. Natomiast zamiast tego — tonem konwersacyjnym, którego używa się do pitolenia o dupie Maryny — orzekłam: „Proszę Pana, gdybyśmy dochodzili, to proszę mnie jednak przeskoczyć.” 
 Fala czerwoności wypłynęła “Panu” na twarz i podświetliła te wszystkie niegdysiejsze pryszcze i — jak się zdaje — wyobraźnię, odbijając się od kołnierzyka koszulki polo. I wiedziałam, że nic, absolutnie nic, żadne słowa nie uratują tej sytuacji. Uciekłam więc po olej. Gdy wróciłam — chłopaka już nie było. A więc tak, poniedziałek, zwykły dzień, dzień napalonej ciotki Tereni.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.