Zbóje a Sacrum

Zbój Marnotrawny powrócił. Albo też my, marnotrawni rodzice, sprowadziliśmy go z powrotem do Krakowa. Wprawdzie lżejszego o kilka — jak się okazało — zbędnych elementów tzw. wnętrza, ale przywieźliśmy. Z Chorzowa. Bycie w Chorzowie oznacza uczestnictwo w chorzowskich rytuałach. Pojawiły się nowe i — zdaje się — zadomowią się na dobre. Jak ugłaskanie Psa. Pies jest Nią i nazywa się Szajba, co tylko w ułamku oddaje huragan energii zamknięty w tym szczupłym, włochatym ciałku. Trochę przypominającym szczotkę. A trochę bardzo zaskoczoną wydrę. Istnieją jednak przede wszystkim niedzielne rytuały stałe. W niedzielę w Chorzowie człowiek je bowiem kluski i idzie do kościoła. Zbój i Najnowszy traktują wyjście do kościoła z pewną dozą lekko-pół-średniego entuzjazmu. Pierwsze wizyty w parafii św. Józefa sponsorował bezsprzecznie „Omen” i „Egzorcysta”. Teraz osiągnęliśmy stan, w którym ich zachowanie dałoby się określić jako grzeczne, z dyskretną sugestią, iż opcja „panicz Damien Thorn” jest wciąż łatwo dostępna. Ostatnio przez większość czasu było naprawdę dobrze. Naprawdę. Aż podszedł do nas Kościelny z małym koszyczkiem wiklinowym. Po ofiarę. Kościelny to miły pan, który stary był już wtedy, gdy ja byłam mała, czyli konserwuje się od dość dawna. Zawsze miał kłopoty ze słuchem oraz sapał. W rezultacie przemiłe i wypowiadane z uśmiechem „Bóg zapłać”, z oddechem wziętym akurat na „Bóg”, brzmiało po prostu zapłać. Bezpośrednio i konkretnie. Jak mawia mój kolega: „Zbędne pierdolenie jest zbędne”. Pan Kościelny odkrył, że rzeczywiście jest. No więc pojawił się z tym koszyczkiem, całkiem już wypełnionym, pochylił się nad Najnowszym, uśmiechnął, sapnął „… zapłać” i zastygł. Najnowszy do kwestii oddawania różnych rzeczy komuś podchodzi z niejakim dystansem, dlatego spojrzał na wyciągniętą rękę Pana Kościelnego i z wypełnionego koszyczka wybrał sobie dwie błyszczące piąteczki oraz jedną funkiel-nówkę dwudziestkę. Pan Kościelny nadal się nie ruszał, tylko jakby mięśnie twarzy popuściły i troszkę opadły, czyniąc z Pana Kościelnego bardzo ciekawą wariację na temat „Krzyku” Munka. Trwało zanim nakłoniłam Moje Drugie i Ostatnie Dziecko (sic!) do oddania tych bardzo ładnie wyglądających trzydziestu złotych. I to właściwie mógłby być koniec. I byłby, gdyby tato nie postanowił zabrać Zbója ze sobą do komunii. Ten uznał, że oto nadeszła pora na przekąskę. Bp skoro msza jest taka długa, to małe co nieco jest rzeczywiście dobrym i bardzo uprzejmym gestem ze strony księży. Popatrzył więc, jak opłatek dostał najpierw dziadek, a następnie przygotował się na swoją kolej. Ksiądz starający się wykonać nad głową Zbója znak krzyża nie był, z pewnością nie był przygotowany na głośne chapsnięcie i widok szczęki mojego dziecka niemal zaciskającej się na księdzowych palcach. Patrzyli potem przez chwilę na siebie, Zbój i Ksiądz, z jednakową dozą zaskoczenia, rozczarowania i grozy. Ksiądz otrząsnął się pierwszy i, ponieważ nie chciał widocznie wyjść na strachajłę, ponowił więc próbę błogosławieństwa. Tę Zbój po raz kolejny odczytał po swojemu i głośno, naprawdę głośno przybił piąteczkę. „Omen” w reżyserii Mela Brooksa. Szybko potem poszliśmy jeść kluski.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Aleksandra’s story.