Kawowe historie — Tu bajka?

Kupiłem kartę z darmowymi kawami. Zrobiłem listę kawiarni. Dla rozrywki będę po kolei odwiedzał lokale uczestniczące w programie. Według listy, Procedury. To jedno z moich ulubionych słów. Rozrywka i wyluz są ważniejsze niż myślałem do tej pory.

Kawiarnia “Tubajka”. Od kilku tygodni, kiedy nie mogłem tu przyjść, zabawiałem się z tą nazwą. Tu-baj-ka? Tu bajka? Jednak tu bajka. To dość zwykła bajka, ale wyobraź sobie moją historyjkę.

Rozproszone, maleńkie mebelki, pokoiki jak dla krasnoludków. Mali ludzie w słonecznej sali, wymarzonej na kinderbale. Jasne, niestraszące toalety. Chyba koedukacyjne, ale bez oznaczeń i nie wiesz, czy przypadkiem nie wchodzisz na zaplecze. Mają kilka innych, nie znaczonych pokoików na tyłach. Te miejsca wyglądają jak tajemnicze magazynki z amerykańskich horrorów o opuszczonych wesołych miasteczkach i morderczych klaunach. Lynch ma rację, że te jasne, niby-oczywiste miejsca mogą niepokoić.

Dużo tu światła, gładkich powierzchni i szumu: rozmów, dzieci, ekspresu do kawy.

Bar, trochę jak babciny kredens, skojarzył mi się z rozwodnionymi pierogami z serem, w których po raz pierwszy poczułem egzotyczny smak cynamonu. Jest biały, drewniany, może tylko drewno podobny. Młody barista ma kręcone włosy: loki i brodę. Cherubin albo rewolucjonista. Taki Che. Nie został obsadzony w roli cherubina z powodu przynależności do innej grupy etnicznej niż mieszkańcy świętych obrazków. Może to się zmieni, bo teraz malują je Chińczycy, a oni nie wiedzą.

Odurzam się własnymi emocjami z innego czasu i miejsca. Jest w nich moja praca i za duża energia. Zawsze miałem “za dużo siły”, jak mawiał mój ojciec. Czysta fizyka i barista. Ten nie patrzy na mnie. Czeka co powiem? Nie wiem, na co czeka. Czuję się niezręcznie, ale uprzejmie ustawiam słowa. Brzmi to jak szczekanie, słowa typu “weź i szybko załatw”. Nie chcę zajmować go swoją osobą, ale i tak wiem, że chcę, żeby dostrzegł moją wyjątkowość i ją obsłużył. Polish psycho.

Dzisiaj interesuje mnie Che. Zawsze trochę mnie interesował, bo byłem programistą, a twórcy technologii dla dzisiejszego świata są tym, czym byli rewolucjoniści dla rzeczywistości zimno-wojennej. To brzmi tak po latynoamerykańsku. Jest gombrowiczowsko nazbyt męskie i trochę gejowskie. Moja wymyślona wyjątkowość zawsze ciągnie się za mną ociężale, jak ogon dinozaura. Zamawiam dwie kawy na moje karty rabatowe. I szybko chowam się w toalecie tego przedszkola. Wszystko jasne, oczywiste i jakieś wypełnione ukrytą groźbą interwencji nieznanych sił jak szpital lub przedszkole.

To właśnie czułem w przedszkolu i zapach rozgotowanych buraczków albo wodnistego szpinaku. Sytuacja przedszkolaka jest jak życie Che Guevary i kubańskich partyzantów. Słodkie, miękkie i mocne jak cukierki rumowe z krwią. Pełne przemocy i niewypowiedzianego zagrożenia.

To miejsce ma klimat przedszkola. Unoszą się nie twoje, ale słodkie, freudowsko-znajome zapachy. Jest chyba świetne dla ciężarówek, ich już-już chodzących dzieci i jeszcze mobilnych facetów. To chodzące rodziny. Czuję się wśród nich jak w filmie przyrodniczym. Chyba zacznę ich obserwować. W końcu kiedyś, kiedy fascynowały mnie mikroskopy, chciałem zostać biologiem.

To chyba jedyne miejsce w Łodzi, gdzie dobrze działa Łódź “Wi-Fi”. Infrastruktura dla człowieka liczyć się będzie już zawsze. To nie uzależnienie, jak twierdzą niektórzy, tylko po prostu cywilizacja. Czy można być uzależnionym od dróg?

Czy postindustrialne rodziny zawsze są chodzące? Moja nie była. Tylko, że moja rodzina była produktem kryzysu energetycznego lat siedemdziesiątych, jak wypasiony, kubański Cadillak z wiecznie pustawym bakiem. Co z tą Isla de Cuba? Regularnie przychodzi mi na myśl. Na tyle często, że zacząłem oglądać filmy o niej. Na przykład “Che — Rewolucja” Soderbergha z Benicio del Toro. Tu też bajka. Może lepszy byłby taki ludowy tytuł: “Jak Che szukał życia”. Obiecuję sobie, że polecę na Isla, a na razie wyobrażam sobie Che i Sartre’a otoczonych kłębami dymu papierosowego, ale to nie mogłoby zdarzyć się tutaj.

Dwie kawy okazały się jak przedszkolne jedzenie. Smaczne, ale nie pociągające, zachęcająco czarne, miękko-białe i zbyt bezpieczne.

Nie widziałem nikogo bardziej zdecydowanego niż matka dwulatka.

Na ścianie reklama “Randki Małżeńskiej”:

“Czujecie, że żyjecie obok siebie? 
 “Chcielibyście znów poczuć motylki w brzuchu? Przyjdźcie, staż związku nie ma znaczenia!”

Pewien mistrz buddyjski skoczył ze spadochronem prawie bez przeszkolenia, żeby poczuć życie i przekazać to uczucie swoim uczniom. Ja z podobnych powodów z dnia na dzień zlikwidowałem biznes, pisałem grę komputerową, która nie została nigdy wydana, a dzisiaj od czasu do czasu, dla zabawy porządkuję jej kod. To znaczy przestawiam te wszystkie trybiki jej mechanizmu. To retrokomputing.

Dla tego poczucia, że żyję wydałem masę pieniędzy na rzeczy, które nie mają znaczenia. Życie jest chyba gdzie indziej: w przypadkowym ścięciu opuszka palca świeżo naostrzonym nożem, w niespodziewanym odejściu wieloletniego partnera, w świadomym wystawianiu się w krytykę, żeby czegoś się przez to nauczyć.

Tymczasem dostałem się na parking dla najcenniejszego cargo zachodniego społeczeństwa. Stacja przeładunkowa dla dwulatków łażących, przymilających się, paplających i mażących mój stolik czymś w rodzaju sosu wiśniowego.

Na środku filar udający drzewo. Nic dziwnego, że drzewo. To takie rodzinne miejsce.

Od niedawna służą mi te wyjścia. Kiedyś byłem na to zbyt wielkim freudowskim rewolucjonistą. Wydawało mi się to zgodą na zagospodarowanie mojej osobowości przez usłużną, wygodną, a przez to kontrolującą cywilizację. To wyzwanie, którego już nie czuję, lecz ono gdzieś cyka jak bomba zegarowa podłożona przez dawnego mnie. Czuję rytm moich dawnych myśli. Kubański jazz i cygara. Odrapane latynoamerykańskie ściany w cudownie świeżych kolorach.

Dzieci paplają. Ciężarówki dyskutują. Rodziny planują mały fragment swojego życia, który na razie wydaje im się wielką całością.

To miejsce zainspirowało mnie literacko.

Nie spodziewałem się takich emocji w kawiarni. Nie wiem, w jakim miejscu mojego prywatnego rankingu ją umieścić. Tu jest jak w filmie Almodovara. Moje historie same się opowiadają, chociaż niekoniecznie chcę je poznać. Są trochę nieestetyczne, jak małe dzieci. Nadmiernie męskie, jak Picasso, Almodovar, Gombrowicz i Fidel Castro.

Ceny są tu średnie. Internet jest, ale hasło chyba dość tajne, bo nie wiem gdzie je znaleźć. Miejski dostęp do internetu dobrze tu działa. Musieli się postarać o umieszczenie anteny w odpowiednim miejscu. Miejsce czyste-oczywiste, jak w piosence. Ale niespodziewanie inspirujące.

Mieszają tu mojo umysłowe:

  • Trzeba chodzić w skarpetkach…
  • Możesz poczekać?
  • ciekoladę podmuchaj, ciekoladępodmuchaj, ciekoladępomuchajjjj…
  • Niezrozumiałe arabskie rozmowy — arabowie są bardzo uprzejmi. Po raz kolejny tego doświadczam. Jeden z nich, najwyraźniej ojciec rodziny, bardzo delikatnie mnie zapytał, czy może przestawić fotel, który był przy moim stoliku. Pytał się po arabsku, więc nie zrozumiałem dokładnie, o co mu chodziło. Sądząc po stopniu uprzejmości myślałem, że chce pożyczyć ten fotel. A on chciał tylko go przesunąć, żeby mógł przejechać z wózkiem… życie jest piękne.
  • Masz przerażająco zimne nogi.
  • Ty wyciągnęłaś dźwiga, ale on był połamany.
  • Mechanika zostawimy tutaj.
  • Ale co byś chciał?
  • NIeeee, wieeeem…!

To miejsce trochę mnie niepokoi. Będę tu przychodził tylko co pewien czas.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.