Okoliczności zbiegły się jak sweter w praniu

i powstał całkiem przypadkowy ścieg dobrych wiadomości. Wszystko jednego dnia i chwilę po sobie, to było trochę tak, jakby ktoś nałożył zbyt dużo gałek lodów do przyciasnego wafelka, ja byłam jak ten pies, który ma w sobie tyle radości, że cały się trzęsie, bo te wszystkie dobre emocje aż się w nim nie mieszczą.

To był mój pies. On miał w sobie tyle szczęścia, ile łat na futrze, był mi najlepszym trenerem od dobrych emocji. On wychodził na trawę, kładł się nań powoli, wtem! nagle! bez żadnej logiki — zaczynał tarzać się psim tourettem w prawo i w lewo, w lewo i w prawo, i ja lubiłam na niego wtedy patrzeć, obserwować z boku ten krótki seans szczęścia.

Mówiłam mu sto razy, żeby nie biegał po schodach, ale on na wieść o każdym spacerze umierał z radości, on biegł tak szybko, aż mu się łapy plątały po drodze, tamtego dnia spadł i przerwane nerwy wyrwały mi z serca psa.

Myślę o nim i bardzo mam nadzieję, że — gdziekolwiek jest — tam już nie ma schodów. Jest tylko ta trawa, te łaty, na stołach kotlety, których nikt nie pilnuje.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Janina’s story.