Wracam do siebie - dosłownie, w przenośni - i śpię do czternastej.

Nie mam tego w zwyczaju, bliższe są mi naturalne godziny snu i jego braku, ale widocznie miałam w sobie bardzo dużo zmęczenia i bardzo dużą potrzebę bezpieczeństwa utkanego ze znanych zapachów, faktur materiałów, mruczącego kota. Przytulam się do męża tak mocno, że boję się, że w pewnym momencie odkształci się jak poduszka, zostanie mu w środku ciała takie krzywe wgłębienie na kształt moich ramion.

Pan na lotnisku mnie poznał. Poważnie, on spojrzał na mnie i powiedział: “o, a pani tu była kilka tygodni temu i miesiąc temu też”, a ja pomyślałam sobie, że to nie za dobrze, mój boże, być na tyle częstym gościem na lotnisku, że aż rozpoznanym. Jako dziecko, które bardzo często i (zbyt) długo czekało, obiecałam sobie, że ja nigdy nie — nie będę dla swojej rodziny kimś, kto pachnie hotelowym mydłem i ma prostokątną duszę, w sam raz do walizki.

Pomyślałam sobie: no kurwa, rozpoznano mnie na lotnisku. Na lotnisku. No kurwa. Rozkojarzyłam się za mocno, rozkruszyłam jak ciastko na tysiąc elementów. Jestem teraz układanką złożoną ze zmartwień. Mam listę rzeczy niedokończonych i codziennie dopisuje do niej coś nowego. Mam kupionych dwanaście biletów lotniczych na cztery kolejne miesiące. Mam duszę w kwadracie i zbyt często płaczę.

Wieczorem porządkowałam dokumenty, otworzyłam szufladę. Wiesz, to ciekawy zbieg rzeczywistości —

trzymam w niej tabletki psychotropowe i paszport.

Like what you read? Give Janina a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.