Kopciuszek

Od tamtej imprezy minęły już trzy lata, jednak jej ciało do dziś pamięta tych kilka godzin ognistego szaleństwa. Tamtego dnia, z jej bioder uwolniła się Kobieta.

Była przeciętna. Tak przynajmniej o sobie myślała. Było jej raz więcej, raz mniej. Za nic miała garsonki i kostiumy. Po co umartwiać się w imię rzekomej elegancji? Albo, że tak wypada? Była naturalna. Stringów nie znosiła, staników nie kupowała. Wolała nieskrępowany, swobodnie falujący pod bluzką biust. Uważała, że seksapil to coś więcej niż koronkowe gadżety i obnażone tu i tam ciało. Makijaż ją drażnił. A mimo wszystko zdecydowała się pójść na kurs salsy.

I choć nigdy nie chodziła na szpilkach, nie wyobrażała sobie, żeby tańczyć bez tych czerwonych, idealnie wyprofilowanych, siedmiocentymetrowych. I choć nie lubiła obcisłych sukienek, zawsze ubierała te szyte specjalnie na zamówienie przez zaprzyjaźnioną krawcową. Czuła wtedy jak jej skóra wydaje jęk zadowolenia a biodra drżą w pulsującym oczekiwaniu. Masowała stopy przygotowując je do przyjemnego wysiłku. I choć nie przepadała za strojeniem się, przed każdą imprezą dbała o finezję drobiazgów. Idąc przez parkiet pachniała kokosem. Odgarniała burzę niesfornych loków obiecując im przy tym taneczne szaleństwo. W obcisłej, podkreślającej krągłości sukience poruszała się swobodnie mimo tych siedmiocentymetrowych czerwonych szpilek.

Mówili że jest odważna. Albo szalona. Albo jedno i drugie. Mieli rację. Podstawy salsy opanowała w kilka miesięcy, nie znając ani słowa języka w kraju, w którym pewnego razu postanowiła zamieszkać. Początkowy kaprys, stał się wyzwaniem. Odważnym i szalonym.

Potrzebowała pobyć w świecie, gdzie ciało musi czuć drugie ciało, gdzie słowa są zbędne, a wymiana następuje w sposób dużo subtelniejszy. Gdzie oczy widzą to, co niewidzialne, gdzie doświadcza się przez czucie, a nie nazywanie.

Nauczyciele zadowoleni z jej postępów, chętnie pokazywali na niej nowe figury. Jej ciało poddawało się, słuchało podążało tam, gdzie je prowadzono pragnąc czegoś więcej niż raz, dwa, trzy, cztery, obrót, noga w przód, ręka w górę, biodra, obrót. Potknięcia tuszowała uśmiechem i nienasyconą chęcią tańca. Niektórzy próbowali z nią rozmawiać. Pytali o imię, o kraj pochodzenia, jak długo tu mieszka i czym się zajmuje. Czasem odpowiadała grzecznie, bez entuzjazmu i chęci do dalszej konwersacji. Just dance with me… mawiała. I to wystarczało.

Po pół roku namówili ją by przyszła na imprezę. Takiej na łodzi pływającej całą noc po jeziorze. Jedyny wymóg: wszyscy ubrani na biało. Czerwiec rozpieszczał upałem. Nic do stracenia. Idealny czas by pachnieć kokosem. Idealny czas, by ubrać tę jedyną białą sukienkę jaką posiadała. Nie zakładać stanika, a wstyd utopić na środku jeziora. Zgodziła się.

Wchodząc na pokład, bała się. Troszeczkę. Trudno było nazwać jej taniec idealnym. Ledwie przecież musnęła chłonnym ciałem kilka podstawowych figur. No i nie znała języka. Zdenerwowana zapomniała, że przecież nie o rozumienie tu chodzi. Usiadła spłoszona na krześle. Szukała w sobie siły, jakiegoś potwierdzenia, że wszystko będzie dobrze. Podziwiała pięknych ludzi wirujących na parkiecie. Większość par poruszała się wystudiowanymi, perfekcyjnymi ruchami. Zbyt doskonałymi by ją oczarować. Tak. Całkiem miło się na nich patrzyło, ale ona odwracała wzrok w poszukiwaniu czegoś innego. Mimo że daleka była od ich umiejętności, pragnęła znaleźć więcej, bardziej, intensywniej, prawdziwiej.

Była głodna tej podskórnej pasji, pulsacji emocji. Chciała dialogu, porozumienia, rozmowy, prawdziwego spotkania. Wypatrywała spontaniczności, radości i tej czystej przyjemności ruchu. Para za parą. Obrót za obrotem. Mieniące się obcasy. Szum sukien wtapiający się w gorące rytmy. Twarze… Często napięte. Z grzecznościowym uśmiechem. Wzrok błądzący po obrzeżach figur. Wyrażający chęć zmiany partnera, albo nudę, albo względne zadowolenie.

Kolega z kursu poprosił ją do tańca. Jakiś czas wirowali po deskach pokładu. Za nic miała jego potknięcia, wybicia z rytmu, sztywność ruchów. To nie było ważne. W myślach szeptała mu do ucha: Nie przestawaj. Tańcz. Nie przejmuj się. Cieszmy się muzyką. Przestań liczyć. Puść. To nic. Rozgrzewka. Przypomnienie. Pierwszy pot na skórze. Suchość w ustach. Mrowienie w stopach.

Kilka obrotów później wracała na krzesło by odsapnąć. Spojrzała w bok. Był tam. Biel koszuli idealnie podkreśla naturalną opaleniznę skóry. Mógł mieć około pięćdziesiątki, choć to co wyprawiał ze swoimi partnerkami i w jakiej był kondycji mogło wskazywać równie dobrze na trzydzieści parę. Zresztą, nie miało to żadnego znaczenia. Jak on się poruszał! Zasłabła od samego patrzenia. Tańczył z samymi pięknościami… Poezja. Spektakl. Czar. Tak. Po to przyszła… Od samego patrzenia biodra wpadały w nieznany jej dotąd rytm. Wzdychała do tej siły, która poruszała jego ciałem i dzięki której mogła być świadkiem czegoś, co rodzi się z czystej potrzeby zabawy, miłości do salsy i frywolności muzyki. Przyjemność jaką sprawiał mu ruch dotarła do niej radosną falą. Białe zlało się z białym…

Przymknęła oczy i pomyślała: Wiele bym oddała żeby choć raz zatańczyć tak… no tak… dać się po prostu ponieść, poprowadzić, zapomnieć o kontroli, o sztywności, o nieśmiałości która mnie uwiera.

Poczuła ruch. Tuż przed sobą. Stał przed nią wyciągając dłoń . Myśli wirowały. Kiedy zszedł z parkietu? Naprawdę prosił ją do tańca? Tak. Krzesełka obok puste. Jego dłoń przed jej twarzą. Wstała niepewnie. Zrobiła pierwszy, nieporadny krok. Myśli odbezpieczyły najcięższe działa ocen. Krzywo, sztucznie, nie do rytmu, chwiejnie i po cholerę jej te siedmiocentymetrowe obcasy, musiała chyba całkiem zgłupieć, że śmiesznie, że antykobieco, że daj sobie spokój, że jak tylko ten kawałek się skończy, to ucieknie…

Wszystko było inaczej. Usłyszała jedynie łagodne: Please, don’t think too much. Posłuchała. I… Tańczył z nią dalej. I dalej. I dalej.

Każdy kolejny obrót odkręcał jej zwątpienie, odcedzał myśli… Każde kolejne zdecydowane przyciągnięcie ciała było zapewnieniem, że absolutnie wszystko jest z nią w porządku. Bardzo w porządku.

Przy piątym kawałku śmiali się. Och, jak oni się śmiali! Między kolejnymi figurami zgubiła wszystkie swoje obawy, zapomniała o tym, że nie umie, że nie tak, że nie jest gotowa. Tam, gdzie technika ją zawodziła on, delikatnie naprowadzał, wyjaśniał, uczył, układał jej ciało swoim zdecydowaniem. Pot kapał z końcówek jej włosów. Jego mokra koszula pachniała gorącem skóry, czerwcowym słońcem i szczęściem.

Nikt nigdy nie formował jej ciała w ten sposób. I choć miała jeszcze maleńkie obiekcje, jej siedmiocentymetrowe szpilki już przy drugim kawałku zaufały jego pewności prowadzenia… Resztki kontroli zawisły na skrawkach białej sukienki by w finale spłynąć kroplami potu między rozgrzane, wolne piersi.

Ktoś, kto patrzyłby na nich z boku, mógłby powiedzieć, że prowadzili niezwykle pasjonującą i intymną rozmowę. W ich spojrzeniach była wzajemna uważność, ciekawość, dokąd poprowadzi muzyka i co z nich jeszcze dobrego wydobędzie. Był też szacunek. Tak, szacunek mężczyzny do kobiety. I uwielbienie. W tym momencie, w tej chwili. Przesyconej radością spotkania w objęciach salsy.

I wtedy to się stało. Zniknął wszechświat, zniknęło ciało, zniknęła przestrzeń, opadły więzy. Rozsypała się. Rozpłynęła. Rozmyła. Ucichła.

I wstała. Wystarczył jeden dotyk jego dłoni na środku jej pleców. Gdzieś na wysokości serca. Jeden krąg. Jeden dotyk. Zdecydowany, męski ruch.

Wygięła plecy w łuk. Żadnej sztywności, żadnych zahamowani. Nieograniczony ruch, swoboda. Włosy musnęły zaczepnie jego twarz. Przygryzła dolną wargę. Biodra jakby tylko czekały na ten tajny znak ust. Rozwibrowały się w głębokich, opływowych ruchach i już nic nie było w stanie ich zatrzymać.

Od tamtej imprezy minęły trzy lata. I choć już dawno nie ma jej w tym obcym mieście, i od roku znowu mówi w rodzimym języku, i znowu wszystko i wszystkich rozumie, uśmiecha się do swoich wspomnień i do tego, który w tańcu obudził w niej Kobietę.