X-Men: Days of Future Past

A period film made not that bad


Łagodne 1/6.

Sceny “współczesne” (czyli futurystyczne) były przebierańcowo-geekowe i nawiązujące do najgorszych tradycji komiksowych (brzydko-kolorowe zdjęcia, przesadne kostiumy i make-up, nudna scenografia, ekspozycyjna fabuła i dialogi).

Akcja filmu w latach 60-tych była już zajmująca. Filmy o X-Menach są akceptowalne, gdy są filmami historycznymi (chodzi mi o poprzednią część). Podobało mi się casualne wplatanie postaci JFK do spraw mutantów. Takich zabiegów rewizjonistycznych było jednak więcej w poprzedniej części, X-Men: First Class.

Wiodąca rola Hugh Jackmana. Wątpiąca, wiecznie tłustowłosa rola Jamesa McAvoya. Nago-niebieska i bojowa rola Jennifer Lawrence. Wyjątkowo drętwa i niecharakterystyczna rola Michaela Fassbendera. B. dobry — urozmaicający film — występ nowego mutanta, czyli młodego ulicznika-złodzieja, w trybie mechaniczno-pomarańczowym. Udana i wybijająca się stylistycznie scena “spaceru” w zwolnionym tempie w Pentagonie. Niebadassowa, nudna rola Nicolasa Houlta. Usypiający showdown, ze słabym pomysłem porwania stadionu.

Obejrzałem ostatnią scenę w kinie; rzecz jasna, nie warto było czekać (takie rzeczy tylko dla fanów).

Email me when Ksko Porombanej publishes or recommends stories