Marketing klepany, czyli kilka słów samouka.

Ten tekst nie ma na celu nikogo obrazić, ma jedynie zmusić do refleksji na temat tego, kogo dziś nazywamy specjalistą, ekspertem, czy w jaki sposób mianujemy influencerów. Wniosek? Klepanie w plecy nam szkodzi.

👉 Znajdziesz mnie w sieci: Facebook | Twitter | Instagram | YouTube | Blog


Marketing wielu twarzy.

Wiele można powiedzieć na temat marketingu. Jeszcze więcej można powiedzieć na temat kondycji samej branży. Na jednej z grup, która skupia organizatorów cyklicznych wydarzeń branżowych, rozpędza się dyskusja na temat tego, czy postawa Rahima jest krzywdząca dla branży.

Piszę ten tekst z pozycji osoby, która na pierwszym roku studiów (6 lat temu) zainteresowała się marketingiem, choć jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tak się to nazywa. Dziś obserwuję branżę od środka i choć wciąż się uczę, to chciałbym się z Tobą podzielić kilkoma obserwacjami.

Wracając do postawy ala Rahim…

Szczerze? To nie mój świat, nie przemawia to do mnie w żaden sposób, ale jak rozglądam się po salach konferencji branżowych, to „Rahimów” widzę więcej. Mniejszych, mniej głośnych, ale upierdliwych i krzywdzących dla branży. Są to tzw. gwiazdeczki branży, branżuni.

Nie rozumiem, dlaczego nikt się nie bulwersuje, że na salach oglądamy ciągle te same tematy, a wiedzę marketingową chcemy opierać na podstawie pojedynczych taktyk. Takie, które już w tytule zakładają, że osiągniesz określony efekt np. Jak zdobyć 1000 obserwujących?

Rozumiem, natychmiastowy efekt zawsze jest w cenie. To proste, szybkie i wygodne — odwrotnie do marketingu, gdzie działania powinny być planowane długofalowo. W innym wypadku pompujemy balon próżności — pisałem o tym na Medium.

Problemem jest fakt, że różnica pomiędzy strategią a taktyką dla większości nie istnieje. Większość nadal tworzy strategie social media, a dystrybucje na Twitterze nazywa strategią komunikacji marki. To jest problem, gdy siadamy do stołu, gdzie jako danie główne podano Marketing.

Dowal mu! Dowal mu!

Dlaczego z jednej strony publicznie piętnujemy kupowanie lajków, korzystanie z botów do zdobywania obserwujących na Twitterze, a jednocześnie przerywamy śmiech w towarzystwie osób, które właśnie zeszły ze sceny i praktykują takie postawy? Nigdy tego nie zrozumiem.

Konkurs na oznaczanie znajomych.

Marketing klepany to taki, gdy wartości zastępuje kolesiostwo. Efekt kuli śnieżnej, który trudno zatrzymać — w grupie siła, prawda?

Marketing klepany jest zazwyczaj oklepany, bo oprócz kolesiostwa, nie ma w nim wartości. A przynajmniej nie przekracza to pewnego poziomu — wystarczy zobaczyć ostatnie wyniki I ❤ Marketing, gdzie „influencerzy i eksperci” z największym podmuchem w sieci, zajmują ostatnie miejsca. A wydawałoby się, że ich wiedza jest tak cenna i tak wygórowana.

Z drugiej strony, osoby, które dzielą się wiedzą z zakresu marketingu, do której zrozumienia wymaga się pewnego fundamentu przechodzą bez echa. Wiesz dlaczego?

Z powodu braku zrozumienia, że dom buduje się od fundamentów, a nie od dachu.

Klepanie w plecy.

Mechanizmy bazujące na ego baitingu, czy wzajemne klepanie się po plecach doprowadzają do sytuacji, że dziś marketingu uczą osoby, które same go nie rozumieją, ale mają znajomości.

Rażące jest to, że wiele osób to dostrzega, ale mało się z tym zrobi. A boli najbardziej fakt, że dookoła nas mamy mnóstwo osób, których wiedza wniosłaby dodatkową wartość do większości wydarzeń — tylko one nikogo nie znają, prawda…? :)

I tu chwila na autorefleksję, bo marketing klepany ma dwa dna. Z jednej strony musimy rozróżnić działania skrojone pod określone cele — artykuły pisane pod SEO, czy tworzenie e-booków jako lead magnet. Świadome wdrażanie takich taktyk jest potrzebne i nieuniknione.

Osobiście dużo czasu zajęło mi zrozumienie tych procesów, ale gdy zacząłem się przyglądać, to okazało się, że jedyne, o czym dziś dyskutujemy to elementy potrzebne do budowy dachu.

Rozglądnij się, a zobaczysz o czym mówię

Działy odpowiedzialne za strategie — za drogo, czy niepotrzebne? A może deficyt wiedzy? Przeglądając stanowiska na LinkedIn nie brakuje specjalistów, czy osób, które lubią się chwalić tym, że opracowały strategię lub współpracowały z marką globalną —nazywam to logotyp baiting.

Wytrych, który pcha nas do tego, aby klepać się jeszcze mocniej w plecy. Jestem ogromnym przeciwnikiem tego typu podejścia. Ba, nie widzę szans do współpracy z takimi osobami. Najlepszy weryfikatorem jest po prostu rozmowa — tym większe zdziwienie, że takie osoby są obecne wśród tych, które tę wiedzę posiadają.

A może to po prostu kultura?

Nie umiem sobie wytłumaczyć skąd taka maniera wśród osób, które edukują dziś rynek. Zostawiam Cię z tą myślą i zapraszam do dyskusji — chętnie wymienię doświadczenie i dowiem się w jaki sposób do tego podchodzisz.

Być może wyolbrzymiam.

Być może, ale nie chciałbym trafić do tego worka, stąd uznałem, że ten tekst powinien powstać — mogę się mylić, ale to pozostawiam już Tobie i chętnie wysłucham Twojego punktu widzenia.


PS. Pisząc ten tekst złapałem się na tym, że trzy lata temu opublikowałem tekst na blogu pt. „Strategia Social Media w 9 krokach.” Zostałem wtedy merytorycznie „zniszczony” przez jednego ze strategów, z branży motoryzacyjnej — tych z serii AMG :)

Dziś widzę ogromną różnicę, dlatego dzięki Grzegorz, należało mi się.

👉 Znajdziesz mnie w sieci: Facebook | Twitter | Instagram | YouTube | Blog