Bóg w zupie

Masz jakieś ciało, jakieś kończyny, jakieś odczucia tu są, jakieś myśli, to się wszystko rusza w jakichś liniach, kształtach, pudełkach — co to wszystko jest!?

Jak się rodzimy i potem leżymy w kołysce to mamy taką właśnie rozkminę. A nawet bardziej, bo mamy tylko jakąś mieszającą się zupę doświadczeń i nie wiemy co to wszystko jest. Ale w wieku około 2–3 lat, kiedy już się z nami udaje dogadać, zaczyna się nam wtłaczać wiedzę. Uczy się nas jak określona rzecz w tej zupie się nazywa. A na tym etapie to nawet nie są rzeczy jeszcze dla nas! Tylko jakaś breja się przelewa. Dopiero się to oddziela. Jak marchewkę wyłowioną z pomidorowej. Że to, i to, jest RZECZĄ — oddzieloną od reszty. I to nazywa się np. ręka, albo głowa, albo siusiu, albo mama itd.

My oczywiście łykamy tę wiedzę, bo widzimy nowe pole do eksploracji. Jest to pole myślowych koncepcji. Co za nowy wspaniały świat! Duża odmiana po 3-ech latach kąpania się w samej zupie! Więc zaczynamy pływać w nowej rzeczywistości — rzeczywistości nazw, opisów, rzeczy, i w dalszym rozwoju koncepcji i teorii.

Piękny jest ten nowy abstrakcyjny świat. Problem w tym, że wielu z nas się zatrzymuje w tym świecie i tak już zostaje na całe życie. Uznajemy nazwy i koncepcje za tę rzeczywistą rzeczywistość, zapominając co leży u jej podstawy... Zupa!

Możliwe, że to się dzieje nawet dosłownie, gdy siedzisz, w wieku lat 2-óch, przy talerzu zupy pomidorowej. Mówią do nas:

- Andrzejku! albo Jadziu! Jedz zupę! — I sobie myślisz wtedy: 
- Aha to mamowate coś co fajnie, gdy się przytula mówi, żeby jeść zupę… czyli to nie zupa je Andrzejka… ale Andrzejek je zupę… czyli to nie ja jestem zupą… tylko JA jestem Andrzejek? Hmm. To już któryś raz to słyszę. No dobrze, więc to chyba ja jestem Andrzejkiem.

I w tym momencie zaczyna się nasza zguba. Wmawia się nam, rozmaite koncepcje. Wszystkie te koncepcje zostały wymyślone kiedyś dawno temu. Rodzice zostali nauczeni przez swoich rodziców, którzy nauczeni zostali przez swoich rodziców itd. Jest to tak zwana: Kolektywna Wiedza Ludzkości (z dużych liter, bo ona jest bardzo ważna z racji… swojej starości). I przekazuje się ją dzieciom od małego, w każdym kolejnym pokoleniu. A, że nie mamy wyboru, żadnej alternatywy, łykamy tę wiedzę jak pelikany. W całości — siup — do dzioba.

Koncepcje te zaczynają się bardzo niewinnie.

“Mam ciało”

Zaczyna się pierwsza koncepcja. Wtłoczona jak majonez do słoika na taśmie produkcyjnej.

- Aha, że te macki, które tu wystają tak śmiesznie są moje? Tak, jak mój jest konik do zabawy? Ale kim jestem JA, który posiada to ciało?

- Ty jesteś Jadzią (albo Andrzejkiem) — mówi starszy.

- Aha.

I kończy się w tym momencie nasza ciekawość. Bo wiadomo dorosły mądrzejszy, wie lepiej. Uznajemy siebie za przypadkową falę dźwiękową, zbiór zgłosek wydanych przez aparat mowy małpy z gatunku homo sapiens. I tak sobie żyjemy przez następne X-dziesiąt lat jako ten Andrzej lub Jadwiga.

Uczy się nas, że to nasze (koncepcyjnie-założone) ciało trzeba kontrolować. Nie wolno nam nigdy. PRZENIGDY!!! NIE WOLNO SIĘ NAM ZSIUSIAĆ!

- Aha. Czyli to JA siusiam? To ciepłe, nawet przyjemne coś co zdarza się kilka razy dziennie, odkąd pamiętam. Jest czymś złym? To MI nie wolno? Ale czemu to jest złe? Co to jest zło?

<SUROWE SPOJRZENIE DOROSŁEGO>

- Aha. Czyli zło to, że mamie albo tacie się coś nie podoba i już nie są wtedy tacy fajni. Zanotowane… Ale coś mi się tu nie zgadza, drogi wszystkowiedzący-dorosły-opiekunie-mego-jestestwa. Jeżeli zsikanie się jest złe… a to JA sikam, bo to MOJE ciało… tzn., że gdy sikam w majty, a to się jeszcze zdarza… to wtedy… to JA jestem zły. Czyli, to ja się nie podobam, to ja już nie jestem fajny… Będe o tym pamiętał, na całe życie! Bo to zdaje się być bardzo ważne sądząc po poważnych minach dorosłych.

Więc, okazuje się, że dopiero co się urodziliśmy, a już wielka odpowiedzialność na nas ciąży! Musimy jakoś żyć! Musimy się kurna kontrolować. Opamiętać się! Nie możemy ot tak beztrosko cieszyć się zupą. Trzeba zaciskać zwieracze… i tak zaciskamy je… przez lata… najpierw w przedszkolu. Potem w szkole. Potem w pracy… zaciskamy non-stop… żeby się nie zsikać. Wielka odpowiedzialność. Musimy to robić, bo inaczej…. Bo inaczej…. DOROSŁY BĘDZIE ZŁY (w tym miejscu można wstawić dowolną osobę ze społecznie uznaną wyższą rangą np. pani przedszkolanka/nauczyciel/pan woźny/szef/szefowa/policjant/prezenter TV). A jak on/ona będą źli, to wiadomo: MY JESTEŚMY ŹLI. Czyli… zsikani.

Ale sprawa wcale nie jest taka straszna. Aż tak bardzo nie umoczyliśmy. Będziesz się śmiał, jak sobie przypomnisz swój naturalny stan. I pacniesz w głowę jak można się było wkręcić w tę historię. Wiadomo, można było, bo pan, pani, brat, siostra, sąsiad, sąsiadka, wszyscy tak funkcjonują. A wystarczy sobie przypomnieć z czego cały ten galimatias się wziął?

Co było najpierw?

Na początku była zupa i widział Bóg, że była ona dobra.


Proszę o zostawienie serduszka/like’a jeśli ci się podobało 😊.

Omówiłem, tutaj głównie pierwszą koncepcję, która sprawia problem pt. “mam ciało”. Chcę opisać więcej tych koncepcji. Jeśli chcesz dostawać powiadomienia o tym, kiedy to zrobię zapraszam do subskrypcji (i do dzielenia się tekstem).

Można mnie znaleźć również na: 
https://www.facebook.com/swamiumami
https://www.youtube.com/channel/UCTgKbl7nDpbiS75Oiof-_3g