Dlaczego kocham moje 500+

Niedziela, wczesne popołudnie. Słoneczny, ale zimnawy dzień. Wchodzimy na schody prowadzące do kładki biegnącej nad drogą szybkiego ruchu i łączącej dwa duże centra handlowe. Zmęczeni, poirytowani i wyczerpani fizycznie i psychicznie. W połowie mostu moja żona staje i mówi, że już nie może. Myślałem, że chodzi o zmęczenie. Ale chodziło o znacznie więcej. Kilkanaście tygodni wcześniej dokonaliśmy największej transakcji życia — kupiliśmy dom. Potem okazało się, że trzeba było przeprowadzić mały remont, który okazał się kosztowniejszy niż pierwsze wyliczenia. Wyczyściliśmy się z oszczędności i teraz każdy weekend polujemy na okazje do umeblowania i wyposażenia wszystkiego. Każda sobota i niedziela to małe polowanie. Dziś — żeby odreagować kolejny dzień gonitwy postanowiliśmy, że jedziemy na kawę. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to będzie koniec…

Milczymy w drodze, w centrum naszej miejscowości znajdujemy kawiarnie z najmniejszą ilością ludzi. To był koniec… Koniec naszego grania pod oczekiwania innych. Koniec przypadkowego działania. Tamta rozmowa będzie podwaliną naszej nowej związkowej a potem rodzinnej tradycji.

Dla porządku wspomnę, że wpis ten nie dotyczy rządowego projektu 500+. Tytuł przyszedł mi do głowy po tym jak ostatnio sprawdziłem ile kaw (a dokładnie ciepłych napojów) kupiliśmy sobie i innym w naszej kawiarence. Sytuacja, którą podzieliłem się na początku wydarzyła się 5 lat temu. Od tamtego czasu jesteśmy stałymi bywalcami Fratelli Cafe gdzie wypiliśmy ponad 500 kaw 🙂

Przepis

Piszę o tym, aby podzielić się bardzo ważnym odkryciem, jakiego dokonaliśmy tamtej niedzieli. Nie ważne jakie wyznajesz wartości, jeśli myślisz o związku i rodzinie poważnie to niedziela jest dla Was. Dla Twojej żony / partnerki, dla Twoich dzieci.

My stworzyliśmy rytuał, który staramy powtarzać co niedzielę. Śniadanie, kościół, rozmowa w naszej kawiarni, spacer, czas w domu. Kawa to oczywiście tło. Ja kochałem kawę, zanim poznałem żonę, więc trudno mi powiedzieć kogo kocham bardziej 🙂 Tak jak pisałem w Credo — ważne, żeby na serio spotkać się ze sobą — autentyczne, słuchanie ze zrozumieniem, dotarcie do serca. Różnie nazywa się to w różnych duchowościach. Domowy kościół ma małżeński dialog, w bardziej laickich podejścia słyszałem, że związki wpisują spotkania synchronizujące w kalendarzach. U nas nazywa się to wyjście na kawę i w zasadzie ma tylko kilka zasad. Po pierwsze nie kończymy naszej randki kawowej gdy nie czujemy się pocieszeni, jeśli takowego pocieszenia któraś ze stron potrzebuje. Chodzi o to, żeby nie bać się rozmawiać o trudnych sprawach. Nie zawsze da się znaleźć rozwiazanie w 30–40 min, ale samo podzielenie się z kimś bliskim, kto umie słuchać jest już w połowie rozwiązaniem. Po drugie, staramy się po prostu obgadać bieżące sprawy. To ważne, bo z rozmów z ludźmi, którzy pracują we wszelakich poradniach związkowych wynika, że pary, szczególnie te, w których życie wkradła się już rutyna, po prostu już tylko komunikują się ze sobą. Rozmowa to przejście o jeden stopień w głąb siebie i tej drugiej osoby. Po trzecie planujemy. I to daje nam największą frajdę. Czasami są to po prostu sprawy budżetowe, ale zwykle to co daje naprawdę prawdziwego kopa, to niebotyczne plany naszych podróży, projekty takie jak zaangażowanie w różne organizacje, wynajęcie i uprawa działki, prowadzenie Skarbonki dobrodziejstw, albo na przykład blog Tato Na Wyspach. Dzięki temu wiemy jakie mamy pasje i co nam w gra w sercach. Zwykle tak się nakręcamy, że jeszcze tego samego dnia zaczynamy działać.

Co z dziećmi?

Wszytko fajnie, można się włóczyć po knajpach, ale to się kończy jak przychodzą dzieci — ktoś powie.

I tak, i nie. Jest inaczej, ale na pewno się da. Dla nas obydwojga, nasze kawkowe spotkania są priorytetem, bo od początku widzieliśmy jak bardzo zmieniło się nasze podejście do wielu spraw. Jak bardzo pozytywnie wpłynęło na nasz związek to, że dedykujemy sobie czas. Staraliśmy się więc zrobić wszystko, żeby jak najsprawniej wdrożyć w nasze niedzielne świętowanie naszego Pierworodnego. Na początku było łatwiej, bo młody spał, albo konsumował mleczko mamusi. Potem wymagał większej uwagi, ale my od początku traktowaliśmy go jak członka załogi na równorzędnych zasadach. Poza tym od początku staraliśmy się zaszczepić w nim poczucie, że na niedzielę się czeka, wyjazdy do kościoła i na kawę to jest „przygoda” i że jest to coś bardzo pozytywnego. Efekt — dziś „kawka” jest synonimem super spędzania czasu z mamą i tatą. A najlepszym barometrem jest fakt, że wspomnienie o wyjściu w stanach marudkowo-płaczkowych powoduje, że odzyskujemy pogodnego chłopczyka. Dziś po 2,5 roku młody sam nas ciągnie do kawiarni, jeśli z jakiś powodów zmieniamy naszą rutynę. Wszyscy znają go już w kawiarnii, więc czasami ma krótkie konwersacje po włosku, czasami znika gdzieś na dłuższą chwilę, bo pani właścicielka właśnie pokazuje mu jak się robi kawę, a czasami dostaje darmowe babyccino za jeden uśmiech 🙂

Puenta

Niektórzy twierdzą, że w życiu można kupić wszystko, to tylko kwestia ceny. Na pewno nie da się jednak kupić czasu. Jest to jedyny nasz zasób, do którego nikt nie może nic sobie dołożyć. Można go tylko wydać. Można go też łatwo stracić. My poprzez spontaniczną decyzję z przed ponad pięciu lat temu zdecydowaliśmy, że chcemy razem wydawać ten bezcenny zasób jakim jest czas w niedzielne popołudnie powoli pijąc razem kawę i snując plany jak spędzić resztę życia.

Życie musi być jak dobra kawa. 
Tworzone z pasją, 
konsumowane na gorąco, 
pełne dobrego smaku
i dzielone z kimś bliskim.

Jeśli również uważasz, że #RodzinaJestFajna i podobał Ci się ten wpis, zapraszam do podzielenia się nim ze znajomymi i do śledzenia mnie w następujących miejscach:

Więcej, bardziej, pełniej — Magis!
Facebook:/TatoNaWyspach
Twitter:@TatoNaWyspach
Instagram:@TatoNaWyspach.co

Podobne wpisy:
Nie ma buntu dwulatka jest mleczko chcę


Originally published at tatonawyspach.co on February 22, 2016.