Kościół, chrzest i inne zmartwienia typowego ateisty

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie rozmowa, jaką odbyłem ponad rok temu w kuchni, na 10 piętrze, jednego z krakowskich biurowców.

Siedziałem samotnie przy kuchennym stole, ściskając w ręce smartfona, a drugą rękę opierając na przyjemnie ciepłym naczyniu, wypełnionym yerbą. Od czasu do czasu przesuwałem kciukiem po ekranie telefonu, aby przeczytać kolejne smutne doniesienia na temat tego, jak rząd chce uprzykrzyć moje życie. Ot taki tam, poranny, masochistyczny rytuał.

Ten harmonijny spokój przerwany został przez wchodzącego do kuchni kolegę. Silne szarpnięcie drzwi, przypominające bardziej wtargnięcie oddziału ABW o 6 rano do mieszkania przedsiębiorcy źle odliczającego VAT, niż przyjacielskie zawitanie do kuchni na herbatę.

Na szczęście, zamiast spodziewanego okrzyku “na ziemię! na ziemię!”, usłyszałem jedynie beznamiętne “siema!”, które zgrało się z hukiem wywołanym przez zamykające się za plecami kolegi, szklane drzwi.

Dźwięk włączanej mikrofalówki, połączony z zapachem podgrzewanych parówek, zwiastował, że przybysz zawitał do mojej komnaty spokoju na dłużej.

To taka chwila w której człowiek — taki jak ja — zmuszony jest do nawiązania nie dość, że kontaktu wzrokowego z obiektem, to jeszcze przełączenia się w tzw. ‘tryb smalltalk’.

Zagadałem więc do ‘kolegi’ — prawdę mówiąc, nie znałem i nadal nie znam jego imienia i nawet nie wiem, czy nadal ze mną pracuje. Po prostu równie często jak ja siedział w firmowej kuchni, więc kojarzyłem go z twarzy.

- co tam? piątek nadszedł. Niebawem weekend. Jakieś plany?
- Aaaa… weekend, weź mi nawet nie przypominaj. Przerąbane.
- co się stało?
- za dwa tygodnie chrzczę dzieciaka
- to już teraz się martwisz? dwa tygodnie wcześniej? to chyba nie jest aż takie straszne.
- sprawy trzeba pozałatwiać… będziesz miał dzieciaka, to zobaczysz jak to jest… mówię Ci chłopie, przeeee-rą-baaa-neee!
- mam syna. Półtora roku już ma (powiedziałem to, ale chyba przeszło bez jakiejkolwiek reakcji)
- muszę do spowiedzi iść i papierek mieć, że niby ta spowiedź odbyta już. Później jakieś zaświadczenia trzeba zebrać i jeszcze chrzestnych skołować i oni też muszą papierologię odwalić całą.
- chrzestnych nie masz? trochę późno na załatwianie tego, nie?
- nieee… no, mam już ich wybranych. Całe szczęście, że w Polsce jest taki zwyczaj, że się nie odmawia, jak Cię ktoś prosi o bycie chrzestnym. Bez tego, to by było jeszcze bardziej przerąbane. A oni muszą teraz lecieć do swojej parafii i załatwiać zaświadczenia, nie dość, że od spowiedzi, to jeszcze od proboszcza, że są przykładnymi katolikami. Wyobrażasz sobie? Przerąbane!

Mój rozmówca wykazywał jakieś chorobliwe zamiłowanie do słowa ‘przerąbane’, połączone z niesamowicie emocjonalnym zaangażowaniem się w tematykę zbliżającego się chrztu. Postanowiłem wyciągnąć z niego więcej informacji i dowiedzieć się, co tak naprawdę spędzało mu sen z powiek.

- a skąd te nerwy? gdzie jest problem?
- chłopie! ja ostatni raz to przed bierzmowaniem u spowiedzi byłem i chyba podobnie jest z tymi chrzestnymi. Będę musiał w Internecie sprawdzić, co tam się mówi do księdza. A i tak się będzie czepiał pewnie…
- o co ma się czepiać? że źle formułkę wyrecytujesz?
- nieeee… no nie o to przecież. Z laską bez ślubu jestem, to się na pewno ‘czarny’ przyczepi. Poza tym, ta cała rozmowa z księdzem, to mnie jakoś stresuje. Ja w kościele, to chyba na pogrzebie dziadka byłem ostatnio, to było… niech pomyślę… dwa tysiąceeee…. 2006! kupa czasu, a trzeba będzie jakieś wytłumaczenie znaleźć, dlaczego mnie nie było.
- po co Ci ta spowiedź? przecież to nie jest nigdzie wymagane przepisami…
- wyobrażasz sobie, jakby to wyglądało, gdyby ojciec na chrzcie własnego dzieciaka do komunii nie poszedł? przerąbane!
- Ty jesteś wierzący?

Czasami zadaję trudne pytania w mało odpowiednim momencie, lub dotykam tematów, które nie przywykły do tego, aby być dotykane publicznie. W tym momencie, chyba miałem kumulację, bo zrobiłem obie te rzeczy jednocześnie.

Nastała dwusekundowa cisza, którą celowo przerwałem głośnym siorbnięciem yerby, połączonym z kiwnięciem głową w stronę rozmówcy, sugerując tym samym, że piłeczka jest teraz po jego stronie i to on musi ciągnąć rozmowę.

- przecież do kościoła nie chodzę (powiedział lekko oburzony)
- te dwie sprawy nie są dla mnie tożsame. Nie pytam, czy chodzisz do kościoła, ale czy jesteś wierzący.
- ateista.

Jednowyrazowa odpowiedź przeważnie traktowana jest przeze mnie jako koniec tematu, jednak tym razem postanowiłem pociągnąć temat dalej.

- to po co Ci ten chrzest, jeśli jesteś ateistą?
- babcia nalega… znaczy się, teściowa moja. Ona to jest taka totalnie zdewociała katoliczka. Żyć by mi nie dała, gdybym dzieciaka nie ochrzcił. Ja to mam gdzieś, czy go ochrzcimy, czy nie. 
- a Twoja żona? co ona o tym wszystkim myśli?
- jej to wszystko jedno. Ona też jakoś pro-kościelna to nie jest. My to tak razem mamy, że nie darzymy sympatią tej instytucji. Ale jak mamusia chce chrztu, to będzie miała chrzest. W sumie sa też plusy z całej tej sytuacji...
- jakie?
- ludzie wpadają, można się spotkać, pogadać. Później jeszcze mały problemów uniknie, bo wiesz… jak z 8–9 lat mu pyknie, to komunia, później bierzmowanie, później może ślub jakiś. Wszystko będzie przerąbane jak nieochrzczony dzieciak jest, a tak to już problem z głowy. Sam widzisz jak to jest… rozumiesz mnie już, nie?

Patrzyłem na człowieka, który planował działać wbrew swoim przekonaniom. Na człowieka, który miał zamiar iść do księdza, czyli człowieka, którego nie lubi, po to, aby wyznać mu grzechy, których nie uznaje za grzechy, po to, aby prosić o przebaczenie tych grzechów Boga, w istnienie którego nie wierzy, po to, aby złożyć obietnicę, że postara się tych grzechów więcej nie popełniać (której to obietnicy i tak nie planuje dotrzymać), po to, aby zapisać własne dziecko do instytucji, której razem z żoną nie akceptują i zdecydowanie nie darzą sympatią, a wszystko to po to, aby… zaspokoić swoją babcię (jakkolwiek to brzmi).

Patrzyłem na niego zamyślony, siorbiąc natarczywie yerbę, co dawało mi dodatkowe sekundy na zastanowienie się, co odpowiedzieć.

Są takie chwile w życiu faceta, gdy musi się przełamać. Przestać zastanawiać się, co inni pomyślą, co wypada mówić, a co nie. Są takie chwile, gdy trzeba wykazać się odwagą i powiedzieć prosto z mostu, co myśli się o danej sytuacji.

Po szybkim namyśle stwierdziłem, że taka chwila z pewnością kiedyś nadejdzie, ale to pewnie jeszcze nie jest dzisiaj, więc odpowiedziałem:

- no tak… ciężka sprawa… rozumiem.

Rozmowa przestała się kleić. Bezimienny kolega wsadził do ust ostatni kęs parówki, po czym skorzystał z chusteczki higienicznej i wstał od stołu mówiąc:

- miłego dnia!

Zostałem sam.

Nie miałem już ochoty na powrót do porannego przeglądania newsów. Mój towarzysz dostarczył mi już wystarczającej ilości tematów do przemyśleń.

Uczestniczyłem w życiu w conajmniej kilkunastu chrztach, w tym dwóch własnych. Niemal wszystkie jakie pamiętam, wyglądały tak samo. Mama, (chodząca do kościoła ateistka) z tatą (wojującym ateistą), zanosili niczego nieświadome dziecko do chrzcielnicy, w obstawie złożonej z dwóch skazanych na uczestnictwo w obrzędzie ludzi, zwanych świadkami.

Później historia się powtarza przy pierwszej komunii. Tylko tutaj mamy małą aktualizację, bo do ateistycznych rodziców dochodzi jeszcze świadome tym razem, ateistyczne dziecko. Wszyscy zgodnie jednak chcą przyjąć kolejny sakrament.

I tak można wymieniać bez końca… bierzmowanie, ślub, namaszczenie chorych, pogrzeb. Wszystko oczywiście w obrządku katolickim. Wiara nie jest potrzebna do wykonania którejkolwiek z wymienionych czynności.

“Tradycja to piękno, które chronimy, a nie więzy, które nas krępują” — Ezra Pound.

Żyjemy w skrajnie religijnym kraju. Tak bardzo, tradycyjnie religijnym, że nawet ateiści przestrzegają zwyczajów religii, której sami nie wyznają.

Wchodząc do firmowej kuchni w piątek w porze obiadowej, szybko da się wyczuć wszędobylski smród ryby. Całe biuro pości? Nie. Po prostu ludzie wychowani od małego na piątkowych postach, przenieśli ten zwyczaj na swoje dorosłe, ateistyczne życie. Nie ma czasu, aby zadać sobie pytanie “dlaczego to robię?”. W piątek je się rybę. Trzeba jeść rybę! No, albo przynajmniej nie jeść mięsa…

Wielkanoc. Tłumy ludzi z koszykami pędzą do kościoła. Są wśród nich i tacy, dla których będą to pierwsze odwiedziny tego miejsca w roku. Dlaczego tam biegną? Bo inni biegną. Głupio tak nie biec, gdy wszyscy biegną. Jeszcze pomyślą, że jesteś jakiś dziwny, bo nie biegniesz z nimi. Musisz biec. Takie są zasady.

Pasterka. Powtórka z rozrywki. Kościoły wypełnione po brzegi ludźmi, którzy w zasadzie nie wiedzą po co, gdzie i dlaczego przyszli. Rodzina szła, to i oni się załapali. Trzeba iść, bo babcia się obrazi.

Obrzędy religijne stały się w naszym kraju elementem społecznym. Tak jak dorosłe dziecko ma mieć 18-stke (imprezę), tak dziecko w drugiej klasie podstawówki, ma mieć komunię, a nowo narodzone chrzest. To po prostu droga życia, jaką musi przejść statystyczny Polak. Co z tego, że droga ta ma podłoże religijne i prowadzi przez kościół, a Ty jesteś ateistą, lub “wierzącym obrażonym na kościół”?

Jestem chrześcijaninem. Nie poszczę w piątek, ani w żaden inny dzień roku, a przynajmniej nie robię tego w sposób, który ogół mógłby nazwać postem.

Nie znajdziesz mnie na pasterce, nie zobaczysz biegnącego z koszykiem do święcenia. Nie zobaczysz mnie także, zapisującego dziecko do jakiejkolwiek instytucji religijnej.

Należy odróżnić religijność od wiary. Każda z tych dwóch rzeczy może istnieć oddzielnie. Są ludzie religijni, którzy nie wierzą. Są także wierzący, którzy nie są religijni, czyli nie wykonują z automatu czynności nakazanych (w teorii) przez religię jaką wyznają. Istnieją także ludzie, którzy znaleźli harmonię pomiędzy tymi stanami.

Chciałbym, aby ludzie byli szczerzy i umieli walczyć o swoje poglądy i bronić swojego światopoglądu.

Jaki jest cel (poza zaspokajaniem babci) w chrzczeniu dziecka, będąc niewierzącym? Z Biblijnego punktu widzenia, jest to czynność pozbawiona sensu. Przywykliśmy jednak do tego, że w powszechnie przyjętej religijności, liczy się gest, a nie faktyczne przekonanie co do tego, co robimy. Polska religijność, to religijność oparta na liście czynności do wykonania — nie na wierze.

Przypomniał mi się pewien dialog z końcówki filmu “Piraci z Karaibów — skrzynia umarlaka”. Dwóch piratów w szalupie ratunkowej, ucieka z tonącego wraku. Jeden z nich ma w ręce książkę (dialog pisany z pamięci).

- co Ty robisz?!
- czytam…
- przecież Ty nie umiesz czytać!
- i co z tego? przecież to jest BIBLIA! zyskujesz punkty nawet za dobre chęci!
- udawanie, że czyta się Biblię, to zwykłe kłamstwo, a ten u góry tego nie lubi…
- a co, jeśli to się będzie liczyć?

Umiem wymienić z imienia i nazwiska dwie (sic!) osoby z mojego ‘zawodowego’ otoczenia, które są wierzące… i to wcale nie dlatego, że mam kiepską pamięć do nazwisk. Umiem także bez problemu wymienić kilka osób, u których widziałem różne symbole religijne (krzyże, tałki, rybki), a które deklarują się jako osoby niewierzące.

Przystrojenie samochodu typowego, polskiego kierowcy, składa się z kilku zużytych choinek wunder baum i różańca. O ile to pierwsze ma jakąś funkcję, o tyle, drugie ma chronić przed nieszczęściami w jakiś magiczny, bliżej nie określony sposób. Taki tam kolejny amulet, który lepiej mieć, bo a nuż zadziała. Do tego warto na szyi mieć jakiś medalik z tego samego powodu i dla równowagi, pierścień atlantów na palcu, bo nigdy nie wiadomo, które z bóstw jest tym właściwym.

Przypomina mi to tę scenę z ‘The Mummy’:

Celem mojego wywodu nie jest odwiedzenie Cię od chrzeczenia dzieci, noszenia medalików, czy chodzenia do kościoła. Jesteś wolnym człowiekiem, więc masz prawo robić co zechcesz. Masz także prawo — także będąc ateistą! — uczestniczyć we wszystkich możliwych obrzędach, które sprawiają Ci przyjemność, lub które uznajesz za ‘rodzinne’.

Jedyne, na czym mi zależy, to doprowadzenie do sytuacji w której będziesz szczery ze samym sobą i świadomie będziesz robił to, co robisz.

Świat nie potrzebuje kolejnych zastępów, ślepych wyznawców religii, którzy niczym zombiaki z The Walking Dead, będą szli przed siebie, w kierunku w którym idą inne, im podobne, bezmózgie istoty.

Włącz myślenie. Jeżeli na Facebooku jesteś w stanie przeciwstawić się rządowi, kościołowi i ZUSowi razem wziętym, to może i dasz radę z własną babcią?

Nie pozwól, aby naciski społeczne pchały Cię do robienia czegokolwiek, sprzecznego z Twoim światopoglądem.

“Chciałbym, ażeby każdy z wielkim staraniem wybrał własną drogę i szedł naprzód właśnie nią, zamiast drogą ojca, matki czy sąsiada” — H. D. Thoreau.

Nazywasz siebie wolnym człowiekiem. Spróbuj więc, przynajmniej na chwilę, wyłamać się z ogólnoprzyjetej tradycji. Możesz to zrobić? Jeśli odpowiedź brzmi NIE (bo babcia/mama/sąsiad się obrazi), to o jakiej wolności mówimy?

Jeśli ten tekst Ci się spodobał, zawsze możesz kliknąć 💚 na Medium, lub “Lubię To” w dowolnym serwisie społecznościowym.

Komentarze zawsze są mile widziane. Proszę jednak o kulturę, o którą zwykle trudno pod tekstami dotyczącymi wiary, religii i kościoła.

Inne moje wpisy