Daj sobie kopa!

My Polacy zaczęliśmy traktować narzekanie jak sport narodowy. Bez wątpienia idzie nam lepiej niż w piłce nożnej. Gdyby zorganizowano olimpiadę w marudzeniu to miejsce na pudle mamy jak w banku. Ha, popełniłam właśnie narzekanie doskonałe – ultimate complaint! Narzekam na narzekanie. Jednak prawda jest taka, że na pytanie ‘co u Ciebie słychać?’ zazwyczaj odpowiadamy: ‘stara bida’. To taki odpowiednik amerykańskiego ‘fine’.
Obserwując ludzi wokół oraz to co dzieje się na rynsztokach, (ehkm) forach internetowych można zauważyć, ze cokolwiek złego by się nie działo to poza Donaldem Tuskiem obarczamy winą także system edukacji, ujemny bilans gospodarczy kraju czy upierdliwego szefa. Czasami dostaje się też naszym bardziej zasobnym sąsiadom, ładniejszym koleżankom czy własnym rodzicom.
Najważniejsze jest to, że wina nie leży w nas samych. Głupio byłoby, gdyby okazało się, że nasza sytuacja jest wynikiem naszych własnych dokonań albo ich braku, no nie?
Z pewnością byłoby łatwiej, gdyby wszyscy rodzice dysponowali większą ilością funduszy, gdyby edukacja w Polsce (i w ogóle na świecie) była na wyższym poziomie i żeby szef zajął się sobą i nie oczekiwał od nas zupełnie NIC. Ale cóż – tak nie jest. I w najbliższej przyszłości raczej tak nie będzie. Jak zająć sobie ten czas oczekiwania na zmiany?
Przychodzą mi na myśl dwa rozwiązania:
- ponarzekać – co w sumie na krótką metę może pomóc nam ulżyć, ale na dłuższą będzie raczej ‘umiarkowanie’ konstruktywne i nie wiele zmieni. Może jedynie sprawić, że nasi znajomi zaczną nas unikać.
albo - zaakceptować, że w tym momencie jest jak jest, ale zastanowić się jakie działania można podjąć, aby polepszyć nasze (uwaga, trudne słowo) perspektywy na przyszłość. Może brzmi to moralizatorsko i idealistycznie, ale żeby udowodnić nam, że nie mamy racji po prostu spróbuj ;)
‘Da się?’ zapytają sceptycy. Z przykrością odpowiem, że tak..
Do głowy przychodzi mi wiele osób, które jakimś cudem z niczego zrobiły coś. Osoby, które pomimo wielu przeszkód osiagnęły to, o czym inni marzą. Przykład pierwszy z brzegu — daleka znajoma. Dziewczyna pochodzi z przeciętnej rodziny mieszkającej w małej miejscowości, gdzie brak pieniędzy to codzienność. Można podejrzewać, że nie będzie jej łatwo wyjść poza schemat: ślub, dzieci, praca w domu, ‘ciułanie do pierwszego’. Jednak motywacja i wytrwałość zaowocowały tym, że jako pierwsza w rodzinie dostała się na studia wyższe. Dorywcze prace pozwoliły jej utrzymać się w dużym mieście, choć bidulka pewnie nie latała w weekendy po najmodniejszych barach i nie sączyła prosecco (hah! Jej strata – chce się rzec). Do tego aktywna działalność w międzynarodowej organizacji studenckiej zwróciła się jej dofinansowaniami umożliwiającymi wyjazdy zagraniczne, a zdobyte dzięki nim doświadczenie pozwoliło na znalezienie pracy w Warszawie. Następnie wyjazd do Afryki na roczną praktykę i w efekcie pełnoetatową pracę był wisienką na tym upieczonym z pracowitości i konsekwencji torcie.
Jednostkowy przypadek? Nie sądzę. Inny dobrze znany mi młody człowiek, który wcale nie dziedziczy fortuny po Rockefellerze właśnie skończył studia w Korei. Świadczy to o tym, że stypendia (niestety Drodzy Malkontenci!) są dostępne dla wszystkich! To samo dotyczy praktyk studenckich uzupełniających luki wiedzy i doświadczenia wynikające z kiepskiego programu studiów czy dofinansowania od Unii Europejskiej na rozmaite kursy i działalności. Do tego istnieją networki zagranicznych studentów, którzy w zamian za lekcje polskiego, pomogą podszkolić Twój angielski czy jakikolwiek język, którego akurat brakuje Ci do szczęścia. Zgoda, potrzeba na to więcej pracy i może to być bardziej czasochłonne niż nauka u słynnego lektora anglistyki, ale skutek jest taki sam. I może być przy tym niezła zabawa.
Te i wiele innych osób udowadniają nam, że jeśli tylko się chce, to się da. Smuteczek. Nie zawsze jest łatwo. Zwykle nie jest. Ale się da. Poza tym nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. Rozejrzyjcie się zatem wokół i gwarantuje, że nie zabraknie Wam żywych inspiracji z własnego życia.
Ktoś spyta „A gdzie konkrety? Jakie stypendia? Jakie dofinansowania z Unii Europejskiej?”. Spokojnie, zajmiemy się tym. Śledźcie naszego bloga, wkrótce naszą platformę dyskusyjną, docelowo portal informacyjny. Zależy nam, żeby zaserwować Wam jak najwięcej możliwości, ale żeby też usłyszeć od Was jak najwięcej.
No dobra, to co z tym narzekaniem?
Gdyby muzycy z zespołu Wet Wet Wet pisali swoje pościelówy w Polsce to za pewne zamiast słowa ‘miłość’ w utworze ‘Love is all around me’ byłoby coś o narzekaniu. Za to jeśli byśmy sprzątali po sobie z takim zapałem jak marudzimy to w naszym kraju w kompleksy bałaganiarzy wpadaliby nawet Szwajcarzy. Żarty na bok, do rzeczy. Skąd tyle narzekania? Przecież ta czynność jest w zasadzie całkiem męcząca.
Czy lubimy sobie ‘pomędzić’ dlatego ponieważ musimy na głos wypowiedzieć wszystkie nasze wymówki i usłyszeć je na własne uszy? Najłatwiej jest powiedzieć, że nie ma pracy lub że mama szczędzi na kurs językowy, a my w tym wszystkim jesteśmy ofiarami systemu i skąpej rodziny. Prawda jest jednak taka, że praca zawsze jest, choć nie zawsze od razu taka, jaką byśmy chcieli docelowo. Może mama nie ma akurat na zbyciu tysiączka na wyrzucenie w błoto, a ma za to uzasadnione obawy, że i tak zarzucimy naukę po pierwszym semestrze? Żeby udowodnić jej, że nie ma racji najpierw znajdźmy darmowy kurs lub taki, którego część kosztów pokryta jest z funduszu gminy i po prostu poważnie i konsekwentnie podejdźmy do sprawy. Jeśli dołożymy w pracy wszelkich starań do tego, żeby szybko się rozwijać to dzięki nowym umiejętnościom prędko (choć nie od razu) znajdziemy taką, która będzie nas satysfakcjonować. Może także umożliwi nam wyprowadzenie się od rodziców i zagwarantuje niezależność.
Zróbmy sobie dobrze! (przecież to lubimy) i dla odmiany przestańmy narzekać. Dajmy sobie sami kopa z pół obrotu w stylu Chuck’a Norris’a. Przeprowadźmy eksperyment i zamiast narzekać, zacznijmy działać. To prawda – wtedy dopiero zaczynają się schody, bo coś trzeba w końcu zacząć robić. Jezu, jak to boli! Ale satysfakcja i owoce pracy będą warte tego wysiłku. Wyjaśnijmy sobie, że nie zawsze będą one widoczne i oczywiste w pierwszych godzinach po wykonanej pracy. Może nawet nie w pierwszym tygodniu, miesiącu czy roku (jeśli sprawa rozchodzi się o duży projekt). Ale z perspektywy czasu okaże się, że warto było zarwać kilka nocy i odpuścić weekendowy melanż, a nawet chill na rzecz dodatkowego kursu czy działalności w organizacji studenckiej. Mówi się, że jeśli teraz nie zaczniesz to za 12 miesięcy będziesz żałować, że nie zacząłeś rok wcześniej.
OK. W dalszym ciągu można usprawiedliwić swój marazm i powiedzieć, że i tak inni mają łatwiej. Cokolwiek nie będę robić to ktoś ze znajomościami i większymi funduszami ma lepszy start. Cóż, życie to nie bukiet róż. Nie wiem jak Was, ale mnie ostrzegano, że życie nie jest sprawiedliwe. Nie wszyscy mają takie same szanse. Jednym jest łatwiej, innym jest trudniej. Ale okazuje się, że nawet Ci którzy mają (teoretycznie) łatwiej nie są wcale skazani na sukces. Brzmi niewiarygodnie?
Bo z tego co obserwuję to jest zupełnie odwrotnie. Zbytni komfort, ciągłe bycie wyręczanym przez rodziców i perspektywa wiecznego życia w dobrobycie wcale nie mobilizuje do rozwoju. Podobno z punktu widzenia ewolucji nie ma nic gorszego dla jednostki niż nadopiekuńczy rodzice. Coś w tym chyba jest. Od kołyski masz wszystko podane na talerzu i w ogóle nie musisz walczyć ‘o swoje’. To skąd masz wiedzieć jak walczyć o cokolwiek? A lata lecą…
Tutaj o inspiracje z życia też nie jest trudno. Na pewno każdy z Was ma w swoim kręgu znajomych, a już na pewno natknął się na kogoś, kto mimo możliwości intelektualnych i finansowych właściwie nic nie ogarnął. Dzieje się tak najczęściej wśród tzw. bananów. W liceum – póki rodzice trzymali nad nimi pieczę – zapowiadali się całkiem nieźle: przyzwoite oceny, zagraniczne wyjazdy językowe, praktyka u taty w firmie. Dziesięć lat po maturze, a na liście ich zasług widnieją rozpoczęte studia, kilka fajnych wycieczek za pieniądze taty i nieudany związek z dziewczyną z ogólniaka. Dodajmy do tego spore oczekiwania, przyzwyczajenie do wygody i rachunki za benzynę, bo przecież tą super brykę od rodziców trzeba utrzymać.
Myślicie, że to rzadki obrazek? Wcale nie. Dzieci z dobrych domów różnie kończą. Ze złych też. Mimo, że te dwie grupy zaczynają różnie. Na dwoje babka wróżyła. Komfort uczy złych nawyków i jest wręcz profesorem bezradności. Nie jest wcale trudno przyzwyczaić się do bycia wyręczanym i do oczekiwania na wszystko z wyciągniętymi łapkami. True story.
OK, to każdy już wie, że nie ma co narzekać, bo nie ma po co.
Ale uwaga, najgorsze dopiero nadchodzi! Nie dość, że zebranie pośladków w troki jest nieprzyjemne, wręcz bolesne to jeszcze pomysłodawcą i egzekutorem tego przedsięwzięcia musimy być my sami. Toż to samogwałt! W rzeczy samej. To trochę jak z seksem, jak się od tego odwyknie to trudno się potem do tego zebrać i człowiek się stresuje. Ale za to jak ma się niezłą praktykę i nabierze się wprawy to zaczyna nawet sprawiać przyjemność.☺ Choć w tym wypadku polecamy poleganie na kimś innym, a nie tylko na sobie.
Zatem do dzieła Drodzy Rodacy! Pokażmy, że upierdliwy szef, system edukacji czy tymczasowy brak gotówki nie jest dla nas żadną przeszkodą. Przestańmy narzekać i z niecierpliwością czekajmy na kolejne kłody rzucane nam pod nogi by udowodnić, że i tak damy sobie radę. Korzystajmy z dostępnych możliwości i pomocy innych. Zadawajmy więcej pytań i pokażmy zapał do nauki i zdobywania doświadczenia. Owoce trudu przyjdą szybciej niż myślisz!
Powodzenia na Nowej Drodze Życia!