Pierwszy pracodawca Google

My dots

Maj 2009 r. kampus Freie Universität Berlin, w reader na zajęcia Strategic Mangement z prof. Mellewigt czytam artykuł o innowacji w przedsiębiorstwie. Jest w nim paragraf o Google. W szczególności zapadła mi w pamięć wzmianka o tym jak Google traktuje pracowników. Według tego artykułu mogli oni w miejscu pracy udać się na partyjkę bilarda lub uciąć sobie drzemkę w jednym z dostępnych w biurze hamaków, a mimo to każda minuta ich czasu pracy była efektywna i przekładała się na wymierną korzyść dla firmy. Była to dla mnie wówczas szokująca wizja. Pamiętam, że pomyślałem wtedy jak wspaniale byłoby odbyć choć paromiesięczny staż w takiej firmie, aby zobaczyć na własne oczy jak możliwe jest skuteczne zarządzanie personelem przy jednoczesnym obdarzeniu go takim poziomem swobody.

Maj 2011 r., Dubin, kampus Google przy Barrow Street. Rozpoczynam pracę na stanowisku Online Media Associate w nieistniejącym w chwili obecnej zespole SBS – Small Business Solutions. Tak zaczyna się moja, niemalże trzyletnia przygoda jako etatowego pracownika Google; w firmowym żargonie Googler.

Brzmi to jak niesamowita historia od marzeń do realizacji; wspaniała opowieść o determinacji, konsekwencji, sukcesie w dążeniu do zawodowego celu…
Nic z tych rzeczy!

2 września 2014 r. hotel Doubel Tree by Hilton przy stacji Amsterdam Central; wieczór w trakcie spotkania GTM (Go to market). Jako pracownik N… Polska piszę ten artykuł. Z perspektywy czasu widzę, że moja historia zawodowa ma więcej wspólnego z koncepcją connecting the dots niż z jasno wytyczonym planem. Szczerze mówiąc, to wrażenie z 2009 r., które wywarł na mnie tamten artykuł o Google przypomniało mi się dopiero wiele miesięcy po tym, jak zostałem do firmy przyjęty. Nie podążałem w świadomy sposób utartą ścieżką w tym kierunku.

Ideą bloga Wyjdź na Ludzi jest łącznie osób, które potrzebują inspiracji, przykładu czy rady w obszarze edukacji, kariery i szeroko rozumianego rozwoju osobistego z tymi, którzy mogą tymi usługami służyć. Drogi Czytelniku, w tym artykule chciałbym dostarczyć Ci trochę inspiracji, odrobinę rozrywki, a przede wszystkim potwierdzić, że this is the real deal. Na tym blogu nie znajdziesz recepty na każdy edukacyjny czy zawodowy problem; tak sprytni nie jesteśmy. Jesteśmy jednak grupą ludzi z dość unikalnym bagażem doświadczeń, którymi pragniemy się podzielić i rozpalać wokół nich dyskusję. Jeżeli interesuje Cię przykładowo jak to jest rozpocząć karierę zawodową w Google, zapraszam do lektury tego i innych artykułów.

A journey of a thousand miles begins with a single step.

Nigdy nie sądziłem, że mogę pracować w Google. Oczywistym wydawało się dla mnie, że największa barierą jest geografia. Oni – Google, Microsoft wszyscy giganci Internetu – są w Kalifornii, a ja w Europie. Nie jestem też absolwentem MIT czy Stanford, zatem czego miałbym tam szukać.

Dlatego zaskoczeniem było dla mnie, gdy w grudniu 2010 r. przeczytałem w znalezionej naprawdę przypadkiem na własnym biurku broszurce – był to zapewne dodatek do jakiegoś tygodnika; Polityki albo Wprost, który mógł wtedy jeszcze gościł u mnie w domu – iż w rankingu najlepszych pracodawców w Polsce pierwsze miejsce zajmuje Google Polska. To mamy Google w Polsce!?!

Niezwłocznie wygooglowałem stronę Google Jobs, odnalazłem biuro w Warszawie i zacząłem szukać dla siebie miejsca. Moim celem były praktyki studenckie i stanowiska dla świeżo upieczonych absolwentów — new grads. Okazało się, że jest otwarta rekrutacja na praktyki studenckie w dziale marketingu w Google Polska w Warszawie; rewelacja!
Nie bez zbędnej prokrastynacji (tego słowa nauczyłem się dopiero w Dublinie, choć praktyka była mi znana wcześniej) napisałem CV i list motywacyjny – nienawidzę pisać CV, więc upłynęły niemalże dwa tygodnie zanim się do tego zabrałem – następnie poprosiłem bardziej zdolnego językowo kolegę o wskazówki na temat użytego j. angielskiego i po ostatecznym doszlifowaniu wysłałem swoją aplikację. Ponieważ system aplikacyjny pozwalał wówczas zaznaczyć trzy pozycje, o które kandydat chce się ubiegać, wybrałem moją docelową, tj. praktykę w dziale marketingu oraz jedno stanowisko w biurze we Wrocławiu – na rynek niemiecki – i jedno w Dublinie – na rynek polski. Nie spodziewałem się wtedy, że ten drobny krok przyczyni się do mojej późniejszej emigracji i ustawi ścieżkę mojego zawodowego rozwoju na najbliższe lata życia.

Żeby zaraz po studiach zarabiać tyle, co własny ojciec teraz.

Tak jak napisałem powyżej: nie jestem absolwentem MIT, Stanford a z Ivy League miałem tyle wspólnego, że w jedne wakacje pracowałem w Princeton, NJ; jako host we włoskiej knajpie.

W grudniu 2010 miałem napisaną pracę magisterską i czekałem na termin obrony, aby w końcu uzyskać, wypracowany przez pięć lat studiów, tytuł Magistra Europeistyki na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. A gdzie europeiście do Google?

Firmy internetowe zatrudniają zasadniczo ludzi po kierunkach informatycznych albo biznesowych. Swoich studiów nie uważałem wtedy jednak za przeszkodę. Myślałem nawet, że mogę wykazać się kilkoma atutami. W liście motywacyjnym podkreśliłem w szczególności temat mojej pracy magisterskiej Sprawa Microsoft i jej wpływ na rozwój prawa konkurencji Unii Europejskiej. Od dziewięciu miesięcy prowadziłem konkretne badania nad rozwojem prawa konkurencji, a zwłaszcza niedozwolonymi działaniami (nadużycie pozycji dominującej), stosowanymi przez takich gigantów jak Microsoft i uważałem, że nieźle zapoznałem się ze specyfiką branży ICT.

Z perspektywy czasu wiem, że mój list motywacyjny przypuszczalnie nie został nawet przeczytany przez rekrutera, a już na pewno nie przez wszystkie osoby, które uczestniczyły w mojej rekrutacji. Praca magisterska i moje badania były jednak dobrym tematem podczas rozmów kwalifikacyjnych i na pewno pozwalały przedstawić siebie jako osobę ambitną, i potrafiąca szukać wiedzy.

Wielką rolę w rekrutacji odegrały natomiast na pewno kwestie tego, jaką uczelnię skończyłem, uczestnictwo w wymianie Erasmus, znajomość języków obcych i działalność w organizacjach studenckich. To ostatnie mogło być nawet kluczowe. W trakcie studiów dołączyłem do założonego przez moje koleżanki i kolegów z roku Koła Naukowego Touching Europe, które działa prężnie do dziś. Realizowaliśmy mnóstwo rewelacyjnych inicjatyw, które dawały nam dużo satysfakcji i pozwalały zdobyć świetne organizacyjne doświadczenie. Jednym z koronnych projektów była organizacja wyjazdu badawczego do Brukseli, który odbył się ostatecznie w październiku 2008 r. Udało się nam zebrać budżet w wysokości 18 tys. zł, co pozwoliło na organizację wyjazdu dla grupy 17 studentów. Rewelacja! (A propos connecting the dots, w Amsterdamie, gdzie byłem wtedy po raz pierwszy, piszę teraz ten artykuł.) Już po rozpoczęciu pracy w Google przypomniałem sobie rozmowę z jednym z kolegów z Touchin Europe o tym, dlaczego się w to wszystko angażujemy. Butnie wskazaliśmy, że chodzi o to, aby po studiach dostać taką pracę, aby zarabiać więcej niż własny ojciec w tej chwili. Cóż, mnie pracując w Google, zarabiając w Euro ta sztuka się udała.

To the point

O pracy w Google można pisać niemalże w nieskończoność. Na oddzielny artykuł zasługują: osławiony proces rekrutacji; wyzwania jakie czekają młodego expat-a;dlaczego ludzie odchodzą z takiej firmy jak Google. Poruszę je na pewno w przyszłych artykułach. Drogi Czytelniku, jeżeli jesteś licealistą lub studentem i chciałbyś w przyszłość pójść mniej więcej w moje ślady proponuję abyś wyciągnął z tej lektury następujące wnioski:

  • trzeba być ambitnym. Na Erasmusa pojechałem, bo uważałem, że jako przyszły europeista muszę studiować za granicą. Do koła naukowego zapisałem się po pierwszej zorganizowanej przez nie debacie na uczelni, bo uświadomiłem sobie, że Oni robią coś sensownego i nie może mnie tam nie być. Gdy w Niemczech powiedzieli mi, że nie uznają mojego Patentu Żeglarza Jachtowego i nie mogę brać udziału w zaawansowanych kursach żeglarskich, postanowiłem zrobić niemieckie uprawnienia. Pracując w Google zapisałem się na studia podyplomowe z Web Development bo uznałem, że skoro rozmawiam z klientami tak często o instalacji kodów Java Script, to muszę wiedzieć co to tak naprawdę znaczy.
  • trzeba działać. Po skończeniu studiów Twój pracodawca będzie oczekiwał, że Twoje CV będzie dłuższe niż jedna strona. Musisz je wypełnić czymś sensownym. Praktyki studenckie czy staż zawodowy są bardzo pożądane. Ale tak samo jak doświadczenie zawodowe może liczyć się też działalność w organizacjach studenckich czy pozarządowych, uczestnictwo w konkursach i olimpiadach, wymiany studenckie czy nawet aktywność sportowa i hobby, jeżeli umiesz pokazać, że wynosisz z nich umiejętności i cechy które wykorzystasz również w pracy zawodowej.
  • w życiu trzeba mieć trochę farta. Do Google dostałem się, bo byłem właściwym kandydatem i miałem dobry timing. Akurat pod koniec roku 2010 mój w moim przyszłym zespole otwierało się kilka stanowisk. Przez następny rok nie prowadziliśmy już potem rekrutacji. Do obecnej firmy dostałem się, bo pierwszy raz w życiu przejąłem oferty pracy na LinkedIn, a mój nowy pracodawca szukał właśnie wtedy jednej osoby o profilu, który pasował do mojego doświadczenia.
  • Życie wybacza drobne błędy. Z perspektywy czasu widzę, że powinienem był na studiach wcześniej szukać praktyk i rozpocząć karierę zawodową. Sądzę też, że ostatecznie mogłem wybrać inny kierunek studiów, bo brakuje mi umiejętności, które mógłbym zdobyć ucząc się np. na SGH. Ale byłem dobry pod wyżej wymienionymi względami. Dlatego ostatecznie wyszedłem na swoje.
  • Marzenia, nawet dawno zapomniane, mogą się spełnić.
Show your support

Clapping shows how much you appreciated Wyjdź na Ludzi’s story.