zrobiłam 6 tysięcy.

Kilometrów autostopem. Z Warszawy do Bilbao i, jak rozsądek nakazywał, z Bilbao do Warszawy. Nie przeżyłam i nie wróciłam ‘cała i zdrowa’.

Cele podróży bywają różne. Od wielce wyniosłych do najdobitniej prozaicznych. Mój był chyba bardzo prosty, wręcz nudny i nieciekawy. Nie chciałam zwiedzić Europy, nie chciałam poznać nowych ludzi, nie chciałam podszkolić języka. Nie chciałam nawet dobrze się bawić. Plan był klarowny- chciałam dostać się z punktu A do punktu B w określony czasie. Tak jak ludzie, którzy jeżdżą komunikacją miejską. Zerowe interakcje, zerowe emocje, zerowa wrażliwość.

Nie wyszło. Mój plan legł w gruzach.

Autostopowanie jest bardzo głębokim doświadczeniem. Cała wiedza i teoria znika w momencie, gdy decydujesz się wsiąść do auta z zupełnie obcą osobą. Człowiek zostaje sam ze swoim instynktem i intuicją. Nie oceniaj książki po okładce a człowieka po pozorach- tak mówią. Gówno prawda. 10 sekund. Tyle, luźno licząc, ma autostopowicz na podjęcie dycyzji “wsiadam czy nie wsiadam”. Ważny jest pierwszy wzrokowy kontakt, jakaś tajemnicza mowa ciała, może zapach, może wygląd. Nie wiem, nie umiem tego zwerbalizować. To się po prostu wie.

Byłam ja, Europa i trzydziestu trzech kierowców z trzydziestoma trzema historiami. Trzydzieści trzy istnienia, skrajnie różne. 
Zanim złapałam pierwszego stopa mogłam śmiało stwierdzić, że nie lubię ludzi. Że świat pusty jest od osób tak zwyczajnie, bezinteresownie dobrych, pięknych i wrażliwych. Cóż. Moja podróż okazała się kubłem zimnej wody na ten pusty, głupi, kręcony łeb.

Ludzie są cudowni. Są ciekawi, są dobrzy, piękni i wrażliwi. Nie znają bariery językowej. Wieża Babel to przeżytek. Wszyscy mówimy tym samym językiem, nawet jeżeli jest on mieszanką polskiego i francuskiego, nawet jeżeli nie rozumiemy ani jednego słowa wypowiadanego przez naszego rozmówcę. Wtedy dogadujemy się najlepiej. 
Jest jakaś mistyczna, nadrealna siła, która napędza całą tą machinę. Która mówi tej zmęczonej istotce z plecakiem na plecach, stojącej nielegalnie na środku autostrady “wsiadaj”. I która mówi kierowcy, jadącemu w pośpiechu do swojego celu, mającemu miliard swoich problemów i terminów “zatrzymaj się”. A po drodze szepcze mu jeszcze “hej, właściwie to co z tego, że nie mówi po francusku/hiszpańsku/niemiecku? Kup jej śniadanie, wręcz butelkę wina i nadrób dla niej 50 km. Możesz być częścią wielkiej układanki dając niewiele od siebie” Nie umiem powiedzieć, co w tych wszystkich osobach było najpiękniejsze. Czy ich historie, czy to z jakim zaangażowaniem stawali się częścią mojej historii.

Nie wróciłam cała i zdrowa. W każdym z samochodów zostawiłam cząstkę siebie. W rozwalającej się 19letniej Corsie i w świeżutkim Mercu, z którym właśnie przekroczyliśmy pierwsze 5 tysięcy na liczniku. Z każdego zabrałam coś dla siebie. Chyba jesteśmy kwita.

Przygoda mojego życia byłaby niczym bez tych trzydziestu trzech przypadkowych osób, bez zbiegów zupełnie prostych okoliczności i bez tej dziwnej, wytwarzanej w pierwsze 10 sekund więzi. 
Przygoda mojego życia była najpiękniejszą nauką o ludzkiej istocie jaką kiedykolwiek dostałam. 
Jesteśmy ludźmi- niekiedy. Jesteśmy piękni i dobrzy- niekiedy.