Sarenka to była, czy jelonek?

17/365

Jest niedzielny poranek. Słońce schowane jest jeszcze za górami i zanim wychyli się zza Debry, zdążymy z Maćkiem przejść z domu na Kowalkę. Zabieramy ze sobą całą zgraję czworonożnych przyjaciół w składzie Dwójka, Saszka, Morka i Wokulski, zwany też Murzynem. Kundel, którego wygląd przywołuje postać Stanisława z “Lalki” B. Prusa. Przybłąkała się psina nie wiadomo skąd i od kilku dni zabiega o względy Saszetki, nie opuszczając jej na krok. Dzielnie też znosi zaczepki drugiej, młodej suczki, Dwójki, która jeszcze nie rozumie, co to są miłosne zaloty.

Jesteśmy na łące za Kowalką. Piękne, delikatne mgły wiją się między wzgórzami a blade słońce nieśmiało przebija się przez chmury. Idziemy łąką, w kierunku lasu, który nawołuje nas swoimi kolorami. Nigdzie nam się nie spieszy. Łapię oddechy czystego i rześkiego powietrza, które po nocnych problemach z astmą przynoszą niebywałą ulgę moim płucom. Jest cicho i spokojnie. Oddycham i delikatnie, krok za krokiem, spaceruję, robiąc co jakiś czas fotkę. Jesteśmy pod lasem.

Nagle, z gęstwiny drzew, w odległości nie większej niż kilkadziesiąt metrów, dochodzi przeraźliwy skowyt pomieszany ze szczekaniem. Już to kiedyś słyszałam. Tak giną parzystokopytne. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy. Szczekanie, jęki i piski nie ustają … Jeszcze kilka chwil bólu, męczarni i cierpienie tego zwierzaka się skończy.

- No kończ wilku, szybciej. Nie chcę już tego słyszeć. - powiedziałam do oprawcy w myślach. … Agonia ciągle trwa i jej odgłosy nie słabną. Sarenka czy jelonek? Zastanawiam się. One tak szczekają. Jak młode psy. Jak suczki … Kurwa! Gdzie jest Dwójka? I ten kundel, przybłęda? … Rozglądam się. Nie ma, nie widzę! Szły przodem i zniknęły! Chuj z kundlem … gdzie jest młoda sunia?!
 
- Maciek, Dwójki nie ma! - wrzeszczę do niego, choć stoi obok. Potem gwiżdżę na palcach i wołamy. Dwójka … Dwójka … Znowu gwizd. 
- Dwójka, kurwa, chodź tu! - krzyczy mój przyjaciel coraz głośniej.

Szczekanie się skończyło. Stoimy bez ruchu i ciągle nasłuchujemy. Zrobiło się cicho. Słyszę uderzenia swojego serca. Żadnego innego dźwięku. Wypatruję suczki, wypatruję kundla. Nie ma. I nic nie słychać. Nic się nie dzieje. Trwa to długo. Za długo …

Po kilku minutach wraca Wokulski. Z lasu. Z opuszczonym w dół łbem i smutnym spojrzeniem odrzuconego kochanka, jaki nosi od kilku dni. Ale tym razem widok tego smutnego, czarnego psa jeszcze bardziej przyprawia mnie o dreszcze. Wrócił sam.

- Już po Dwójce. - ciszę w końcu przerywa Maciek. - Nawet nie mamy czego szukać. - dodaje.

Nie! Tylko nie ona. Tylko nie ta suczka. Niespełna rok temu, na mojej wachcie życie straciła jej siostra. Właśnie tu, na drodze w pobliżu. Dobiłam 3-miesięcznego szczeniaka, który wbiegł prosto pod koła samochodu, i nie zginął na miejscu. Własnymi rękoma skręciłam suczce kark nie mając pojęcia, jak to się robi. Ale wtedy widok zmasakrowanego, krwawiącego, psiego ciałka, które ciągle łapało oddechy nie pozostawiał dylematu, co należy … i czy w ogóle, zrobić. Jedno słowo. Przepraszam. I trzask, który, jak sądzę, przyniósł jej ulgę na zawsze w cierpieniu. I minęło tyle czasu, a ja do tej pory czuję rozpacz po tej tragedii. I teraz ta, kolejna suczka. To chyba nawet dla mnie będzie za dużo.


Realnie oceniam sytuację. Wilki każdej nocy zabierały owieczkę. Koszary niedaleko. 200, może 300 metrów od miejsca zbrodni. Czekały tam skurwiele, w tym gęstym lesie i czaiły się, żeby porwać owce. Dwójka je wyczuła, pobiegła, bo to wyjątkowo czujna psinka i ciekawska. I zaczepia wszystkie zwierzęta z niebywałą odwagą. Zobaczyły intruza i … zagryzły ją, instynktownie, błyskawicznie. Nie można ich winić. Ani jej. Bo to jej przeraźliwe szczekanie musieliśmy słyszeć. A nas? Ktoś może nas obwinić?

Maciek zamilkł. Ale czułam, jak jego zduszona złość roznosi się po dolinie. A ja? Opadałam powoli z sił i nie wierzyłam.

Całe zdarzenie trwało nie dłużej, niż kwadrans. Pojęcia nie mam, ile dokładnie. Czas wtedy się dla mnie zatrzymał. To taki moment, kiedy się nie wierzy w to, co się wydarza. Dociera ulotność życia, istnienia. I banalność śmierci, która przychodzi nie wiadomo kiedy. I ta cholerna bezradność.


Wróciła. Wybiegła spod młodych iglaków z otwartym pyskiem, z którego długi, blado różowy, wijący się jęzor niczym tasiemka z każdym susem lądował jej prawie na karku, gdy biegła w naszym kierunku. Pysk opleciony w pajęczyny i suche badyle. Sierść mokra, utaplana w błocie. Przybiegła i położyła się przy swojej matce, zipiąc i pomerdując ogonem. Na ten widok wyszła ze mnie natura wilka. Chciałam rzucić się na tą sukę i do krwi pogryźć ją swoimi zębami ze złości, że napędziła nam tyle strachu. Ale też radość na jej widok zrobić mi tego nie pozwoliła.

Więc, sarenka to była, czy jelonek? 
Wciąż mnie to nurtuje.


Niedziela, 09.10.2016
Czarne