„Kto wam to tak spierdolił?”

Od tego pytania rozpoczyna się zazwyczaj twoja nowa znajomość z fachowcem w jakiejkolwiek dziedzinie: kładzeniu podłóg, łazienkowej glazury, samochodowej elektryki, instalacji okablowania servera, tworzenia wordpressowej strony czy kampanii reklamowej.

Photo by Tom Pumford on Unsplash

Zawsze jest wina poprzednika, kogoś innego, „tego drugiego zespołu.”

Gdybyście dali to nam, to od początku byłoby zrobione dobrze.

Nie spotkałem się do tej pory z zespołem developerskim, który winą za błędy nie obarczałby zewnętrznych czynników, a w szczególności, że „zjebali inni.” To podstawowy element, kiedy coś nie działa — w kodzie trzeba umieścić rzeczy, które napisał ktoś inny, które nie spełniają „naszych norm” (czytaj: są złe).

To samo można ekstrapolować na światek projektantów wszelkiej maści, począwszy od „zwykłej” grafiki, przez UI, skończywszy na UX (przy czym najgorszymi pod tym względem, wedle mojego doświadczenia, są ludzie od UI — piszę to z całą świadomością bycia jednym z nich) — zawsze „ci wcześniej” robili coś źle, po amatorsku, bez sensu, nie uwzględniając „złotych zasad”, czy wręcz po prostu chujowo.

Ale teraz wjedziemy my, z wysoko podniesionymi czołami, z naszymi metodami na rozwiązywanie problemów i ogarnianie gówna i pokażemy, jak to się robi.

Po czym zrobimy takie samo gówno i bajzel.


Temat pojawił się podczas rozmowy ze znajomym projektantem, który przy okazji omawiania nowego logotypu amerykańskiej Biblioteki Kongresu zwrócił uwagę, że w procesie projektowym nie istnieje tak naprawdę iteracja i zazwyczaj króluje schemat

nowa osoba = rozpierdol.

Ktoś nowy przychodzi do firmy, ktoś inny przejmuje projekt — w większości przypadków wiąże się to z wywrotką komunikacji, stylu pracy, projektowania, nowymi zasadami tworzenia i procesami współpracy zarówno w samym zespole projektanckim (jeśli takowy istnieje), jak i pomiędzy zespołami.

Brak świadomości ludzi szczebel wyżej, jak taki proces miałby wyglądać, że może istnieć w firmie jakaś wypracowana ścieżka, która może się sprawdzać i wymagać jedynie drobnych poprawek, powoduje, że takie sytuacje są na porządku dziennym — sam mam na koncie przynajmniej kilka takich wejść na pełnej kurwie, co to nie ja, teraz będzie lepiej, deal with it™.

Skoro więc wszystko jest tak spierdolone, że wymaga gruntownych przeróbek lub klasycznego „zaorania i zrobienia od zera”, to jakim cudem wszyscy uważają się za specjalistów? I odwracając medal — skoro wszyscy są takimi fachurami w danej dziedzinie, jakim cudem wszystko jest tak bardzo spierdolone? Jakim cudem ci wszyscy ludzie znajdują pracę, dostają zlecenia, skoro sami uważamy ich za „pseudospecjalistów”? Coś tu się grubo nie spina — przy tej liczbie ekspertów ilość chujowych projektów powinna być równa zeru, tymczasem jest zupełnie inaczej.

Wnioski są dwa:

  1. Wszystko faktycznie jest spierdolone, bo nikt tak naprawdę nie potrafi zrobić dobrze.
  2. Wszyscy udają, że się znają — ergo nie ma wcale tak wielu super fachowców, za to jest mnóstwo przeciętniaków.

I tu chyba dochodzimy do sedna problemu. Każdy z nas boi się przyznać do niewiedzy — no bo wtedy jest dupą, a nie specjalistą — aby więc nie stracić pracy, projektu, fuchy, robimy wszystko, żeby podkolorować własny obraz, postawić dymną zasłonę dla własnej ignorancji, wstydu niewiedzy i strachu przed zdemaskowaniem tylko po to, żeby wyciągnąć parę groszy od wiedzącego jeszcze mniej zleceniodawcy. Potrzeba grande cojones, żeby przyznać się do błędów, do braku wiedzy, do nie bycia tak dobrym „ekspertem”, jak się sprzedaliśmy.

Jest w sumie jeszcze jeden aspekt takiego stawiania sprawy: kwestia „wykazania się.” Zdecydowanie prościej jest nam zaznaczyć swoją obecność, swój wkład w projekt (od którejkolwiek strony) robiąc kipisz i rewolucję — wtedy nas widać, robimy „zmiany”, „audyt”, robimy ruch i zamieszanie, jesteśmy potrzebni (choć najczęściej jest to jednak sztuczny tłok po prostu).

Bo jakże inaczej przedstawić się szefostwu na nowym stanowisku? Malutkimi usprawnieniami wprowadzanymi tu i ówdzie? Sugestią drobnych zmian w status quo? Wnioskami z zauważonych problemów w procesach? Nie po to przecież wbijamy się na stanowisko za gruby (mam nadzieję) szmal, żeby zajmować się takimi drobiazgami — trzeba mocnego pierdolnięcia, żeby uzasadnić swoją nową rolę.

A być może wynika to z prostego faktu, że nie potrafimy prowadzić szczerych rozmów o pracę? Takich, gdzie żadna ze stron nie musi ściemniać drugiej, gdzie nie musi udawać i podkolorowywać rzeczywistości? Takich rozmów, po których nie będzie potrzeby uzasadniania swojej obecności na jakimś stanowisku grubymi rewolucjami i wywracaniem procesów na lewą stronę?

Trudniej nam jest wobec tego naprawiać po kimś, niż stworzyć od nowa według własnych zasad. Trudniej nam jest być na tyle elastycznymi, żeby zrobić coś według obcych, nieznanych nam zasad. Trudniej wreszcie jest przyznać się do niewiedzy, że nie potrafimy zrozumieć reguł, według których pracowała osoba przed nami, a już tym bardziej wedle nich samemu pracować.
Ludzie z twórczych dziedzin mają jeszcze dodatkowy szczebelek w drabince problemów: własne ego.

Ego, które przeszkadza nam w chęci zrozumienia preferowanych przez innych twórców sposobów rozwiązywania problemów. Często nie potrafimy pogodzić się z tym, że ktoś przed nami zrobił coś, co działa, spełnia swoje zadanie w dostateczny sposób — koniecznie musimy wykazać swoją „wyższość” i wprowadzić „niezbędne zmiany”, które w gruncie rzeczy często dotyczą jedynie kosmetyki zagadnienia, nie rozwiązując napotkanych po drodze problemów. Ciśniemy, w większości przypadków, żeby robić „lepsze” (będącym często niestety wrogiem „dobrego”), bo nie potrafimy pogodzić się z myślą, że możemy popełniać błędy, nie zauważając, że po drodze kompletnie rozminęliśmy się z prawdziwym celem projektu.

Nie twierdzę, że jest tak w każdym przypadku. Czasami faktycznie „ktoś strasznie spierdolił” i nie ma innej rady, jak zakasać rękawy, zaorać temat i zacząć od zera, minimalizując straty i zmarnowany czas. Może jednak warto najpierw zrobić krok wstecz, spojrzeć szerzej na problem, porozmawiać z osobami zaangażowanymi w projekt od innych stron i wspólnie podjąć decyzje dotyczące dalszych ruchów?

Arbitralne i egocentryczne decyzje „zrobię to po swojemu, bo tylko wtedy będzie dobrze” mają to do siebie, że adresują bardzo wąski punkt widzenia: nasz własny.

Bartek Jagniątkowski

Written by

Father / Common sense evangelist / Product Designer @Indoorway / https://jagniatkowski.net

Welcome to a place where words matter. On Medium, smart voices and original ideas take center stage - with no ads in sight. Watch
Follow all the topics you care about, and we’ll deliver the best stories for you to your homepage and inbox. Explore
Get unlimited access to the best stories on Medium — and support writers while you’re at it. Just $5/month. Upgrade