Nie wątpić we fiordy?

Marta Potiuk
Feb 25, 2017 · 5 min read

Wreszcie wyjaśniła się różnica między “fjord” a “sound”, z tym, że wymagało to dłuższej wycieczki. Otóż “sound” nie ma nic wspólnego z dźwiękiem czy rozsądkiem, w geografii oznacza wielką zatokę oceaniczną czy morską, ale szerszą niż fiord (fiordy powstają z lodowca, a “sounds” z wody morskiej właśnie). Doubtful Sound naturalnie już był powstał, kiedy do jego wejścia zawitał w XVIII w. kapitan Cook, który jednakże zawahał się co nieco, stwierdził, że wpłynąć, owszem, da się, ale wątpliwe (“doubtful”), czy wewnątrz znajdzie na tyle silny wiatr, żeby stamtąd wypłynąć w morze, i nie zdecydował się jednak na wpłynięcie. Na szczęście później wydarzyła się rewolucja przemysłowa, dzięki czemu podróż do Doubtful Sound jest możliwa, i nawet nie trzeba dostawać się tam od strony oceanu, można lądem (i wodą słodką). Samochodem do przystani w Manapouri, promem godzinę przez jezioro Manapouri do przystani przy elektrowni, godzinę autokarem przez góry, żeby dotrzeć wreszcie na statek w przystani Deep Cove (na stałe zamieszkałej przez 2 osoby — małżeństwo prowadzące hostel).

Góry — to właśnie stanowi o nadzwyczajnej urodzie nowozelandzkiego narodowego Fiordland Parku, bez cienia przesady zachwalanego przez wszystkie przewodniki jako absolutne “must see” czy jeden z najpiękniejszych widoków świata. Przewodniki, jak i Kiwi, z którymi o tym rozmawialiśmy (a przede wszystkim nasi przemili gospodarze z okolic Mapui, dzięki którym trasa po Wyspie Południowej uległa znacznej korekcie) zgodnym chórem twierdzą też, że Milford Sound, owszem, ma wspaniałe widoki, ale jest pełen statków wycieczkowych, a z góry co i rusz słychać awionetki i helikoptery z żądnymi perspektywy turystami. Natomiast Doubtful Sound jest znacznie mniej zatłoczony, a rozmiarowo większy (woda głębsza), choć góry niższe. Nam dodatkowo sprzyjała fantastyczna pogoda. Tamtejsza bujna roślinność nie bierze się znikąd, w Fiordland Parku na ogół leje, ale akurat się trafił dzień bez chmury na niebie. Co prawda pierwsza część rejsu pod wiatr spowodowała u mnie sięgnięcie po rękawiczki, ale grzech byłby narzekać, skoro nie dość, że widoki, to jeszcze ponadprogramowo spotkaliśmy skaczące butlonosy i jednego pingwinka, a programowo — statek podpłynął pod wyspę z fokami.

Dzień w Doubtful Sound zakończył się dniem z “Władcą Pierścieni”, bo udało nam się wyśledzić kolejny plener. Nie jestem do końca pewna (“doubtful”), ale w tym miejscu albo orkowie i uruk-hai wietrzą Drużynę Pierścienia albo już uciekają z porwanymi hobbitami. W każdym razie rolę rzeki Anduiny gra rzeka Waiau. Nasza biblia podróżnicza — backpackerguide.nz, na której jest specjalna podstrona z wyliczeniem miejsc planów filmowych pana Jacksona — twierdzi co prawda, że: “This location on the Waiau River was used in the opening aerial shots in The Fellowship of the Ring”, ale mam wrażenie, że chyba niekoniecznie mają tu rację. Oczywiście wszystko do sprawdzenia już w domu w filmie.

Ujęcie z innego planu mieliśmy okazję zrobić następnego dnia w miasteczku kopaczy złota Arrowtown. Tak, mam obowiązkowe zdjęcie rekonstrukcyjne (mocno rekonstrukcyjne, bo bez konia i miecza), w każdym razie wtajemniczeni na hasło: “If you want him, come and claim him!” wiedzą wszystko. Niewtajemniczonym to, że tu oto Arwena z pomocą rzeki rozbiła bandę Nazguli, nic nie powie. A wtajemniczeni byli z kolei nieźle zaskoczeni, bo pan Andrew Lesnie, operator filmu, zrobił z większego potoku, jakim tak naprawdę jest w tym miejscu rzeka Arrow, prawdziwą górską, rwącą arterię (i słusznie mu za to dali Oscara).

Samo miasteczko świetnie zrewitalizowane, z zabudową z lat 60. XIX w., bo wtedy znaleziono tam złoto. Złota raczej dużo (jeśli w ogóle) nie ma, ale płukacze zdarzają się i dzisiaj, bo właśnie przy poszukiwaniu miejsca kręcenia sceny na brodzie Bruinen natknęliśmy się na pana, który płukał, i twierdził, że coś tam nawet ma. Po kopaczach i płukaczach zostało kilka istniejących do dziś domków, a także resztki osady ubogich Chińczyków, którzy poszukiwali w ten sposób w Nowej Zelandii lepszego losu.

A na zakończenie (bo i podróż przez NZ też pomału, pomału, ale dobiega końca) zdjęcie zrobione kilka godzin temu. Pokazuje stan licznika od chwili odbioru samochodu z wypożyczalni, czyli ile tu się trzeba najeździć. Ile się trzeba najeździć, ten tylko się dowie, kto zaznaczył.

Rację ma zatem zarząd dróg, który przy jezdniach stawia tablice z napisem: “NZ roads are different. Allow extra time.

Welcome to a place where words matter. On Medium, smart voices and original ideas take center stage - with no ads in sight. Watch
Follow all the topics you care about, and we’ll deliver the best stories for you to your homepage and inbox. Explore
Get unlimited access to the best stories on Medium — and support writers while you’re at it. Just $5/month. Upgrade