Wody turkusowe, góry wysokie

Christschurch, stare miasto anglikańskie, podobno uporządkowane i zaprojektowane w początkach XIX w. przez duchownych w odpowiedzi na upadek obyczajów i znaczenia kościoła, właśnie po to, żeby osiedlali się tu zamożniejsi osadnicy i żyli cnotliwie. Do cnotliwych rozrywek z pewnością należy rejs łódką płaskodenną rzeką Avon (takim szerokim, a płytkim strumieniem). Łódkę prowadzi sternik w stroju z epoki.

I kolejny ogród, tym razem botaniczny, gdzie jest wszystko. Są rośliy mocno tropikalne w szklarni (gdzie człowiek duma, ile to roślin w doniczkach mu się zmarnowało), jest ogród różany i warzywniak resturacji, który podobno zaspokaja jej potrzeby. W każdym razie na pewno jest uprawiany na serio, bo spostrzegłam wykopki ziemniaków, a pomysł z pergolą z gruszki — bez przesady — świetny.

Christchurch to też miasto wstrząsów sejsmicznych. Największe ostatnie trzęsienie w 2011 zabrało ponad 180 ofiar. Wygląda trochę jak Warszawa po wojnie (zachowując proporcje oczywiście, bo to nie milionowa metropolia) — w centrum jest jeden wielki plac budowy, w wielu miejscach straszą jeszcze puste place. Stosuje się konstrukcje stalowe, które się łatwo ugną i wrócą do poprzedniego kształtu. W samym centrum miasta straszy anglikańska katedra ze zwaloną wieżą i “szybami” z dykty, a na jego obrzeżach — zrujnowana katolicka bazylika z naruszoną konstrukcją. Środek zachowany nawet dobrze, tylko nikt tam nie wejdzie, film z wnętrza obejrzany w świetnym muzeum poświęconym trzęsieniom ziemi, jakie nawiedzały miasto, robił dron. Bardzo ciekawa jest też dzielnica handlowa — jak najbardziej deptak, przy którym są ładne sklepy, tylko wszystko w kontenerach, łącznie z bankomatami.

Z Christchurch pojechaliśmy do środka niczego. W Omarama i Otematata mieszkają głównie owce, nawet krów nie ma. W oczekiwaniu na okienko pogodowe zwiedzaliśmy miejscowe hydroelektrownie. Jak to w NZ, nawet elektrownie dają piękny widok (kolory wody prawdziwe!). Podobno prąd z nich służy głównie do produkcji aluminium. Trudno w to uwierzyć, ale gdzieś na Wyspie Południowej jest taka fabryka, właśnie dlatego, że jest tu ten tani prąd.

W oczekiwaniu na okienko pogodowe odsłoniło się okienko na Mt. Cook, obecnie zwany Aoraki, najwyższą górę NZ. Robi wrażenie. A na górze, która jest obok, wreszcie lodowiec, który wyglądał jak lodowiec, a nie posypana krzemionką resztka.

Po drodze dotarliśmy też do Glinianych Klifów (Clay Cliffs). Aż dziw, ale Peter Jackson naprawdę nie tam nakręcił sceny na Ścieżce Umarłych. Pewnie dlatego, że klify leżą na prywatnym gruncie i trzeba zapłacić parę dolarów za wstęp (a wynajem gruntów na Hobbiton już go przecież kosztował).

Czekanie na okienko pogodowe obejmuje też poranne briefingi na lotnisku. Na briefingu wychodził smutny pan, mówił: “No cóż, byłoby fajnie, gdyby warunki były lepsze, ale są, jakie są, miejmy nadzieję, że jutro będzie lepiej”, i przedstawiał szczegółową prognozę pogody. W końcu jednak warunki zrobiły się lepsze i szybownicy ruszyli na lotnisko. Dwa samoloty holujące miały sporo roboty.

Jakie są wrażenia z lotu szybowcem? Przede wszystkim w dzień ze słabym wiatrem jest to szukanie prądów wznoszących, czy to komunikując się przez radio z innymi pilotami, czy samodzielnie (jest urządzenie, które odpowiednio pika). Sam statek podobno nie jest trudny w pilotażu i steruje się nim bardzo przyjemnie (choć rozpiętość skrzydeł ma imponującą). Ale przede wszystkim lata się dla widoków.

A emocje? Podsumowane w jednym “fantastycznie”, bo przecież to nie ja leciałam.

Lądowanie szybowca wygląda też przepięknie — to już z własnej perspektywy, bo obserwowałam prawie wszystkie, które wczoraj wystartowały (ten z Jarkiem wylądował przedostatni, bo warunki tak się poprawiły, że polatali prawie godzinę dłużej). Okienka pogodowe to jednak fajna rzecz.