opowieść o tym, co będę robił w nocy

od samego początku zwróciłem uwagę, że, jak na istotę ludzką, zajmuje bardzo niewiele miejsca. Lubiłem, bez zwracania na siebie uwagi, obserwować ją w momentach gospodarowania przestrzeni; zwłaszcza, kiedy miała wrażenie, że nikt nie patrzy.

któregoś razu wpadliśmy do znajomych na urodziny; ciasne mieszkanko, kwadratowe pudełeczko. rozdzielamy się, zaczynając uściski na przeciwległych końcach korowodu znajomych, w końcu ja siadam na ostatnim wolnym krześle — ona się z kimś zagaduje.

po paru minutach próbuję ją wyłuskać wzrokiem, potrzebuję papierosa do skręta, i zauważam ją przy aneksie kuchennym, nie rozmawia z nikim, słucha, przekrzywia łepek, kiedy się śmieje, jednocześnie cały czas próbując wepchnąć tyłek na blat. A konkretnie — na skrzyżowanie dwóch blatów. między ekspres do kawy i czajnik. pod rzędem szafek. Obserwuję ją, jak z lekko wysuniętym językiem porusza się centymetr po centymetrze w głąb, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, aż w końcu jej stopy zawisają wysoko, naprawdę wysoko, nad podłogą. pasuje tam jak puzzel; wołam ją, uśmiecha się do mnie i nawiązuje kontakt wzrokowy, i w jednej chwili wycisza odgłosy otoczenia.

patrzy jakby przez rurkę, długą rolkę, prosto na mnie. to uczucie… mamy to uczucie poruszania się w tłumie tak, jakby był gęstą trawą, odgarniamy ciała i spojrzenia, zbliżamy się do siebie, zahaczamy małymi palcami. — rzuć mi szluga — a ona: ty je masz, gamoniu.

tę pozycję — kiedy jest lekko skulona, trzyma nogi luźno nad podłogą, w otoczeniu sprzętów kuchennych — nazywam ‘bezpieczną’. nie dlatego, że daje jej poczucie bezpieczeństwa, tylko dlatego, że jej wykorzystanie oznacza, że okoliczna przestrzeń jest przyjazna.

pamiętam, jak była u mnie pierwszy raz.

po wielogodzinnych podchodach, zanim zrozumiałem, że tego chce, objąłem ją ramionami, wtuliła się we mnie, tak dopasowując krawędzie swojego ciała, że czułem się jak zapięty zamek... seks trwał krótko, sekundę, ćwierć, nikt nic nie mówił, oboje czuliśmy, jak przepływa między nami prąd, byłem w niej, patrzyliśmy sobie w oczy kompletnie w szoku przez uczucie dziwacznego, nieswojego wręcz, dopasowania.

leżałem w łóżku, kiedy brała prysznic, a potem obserwowałem, jak krząta się po mieszkaniu, zbierając swoje rzeczy. poruszała się w tych połamanych ścianach poddasza jakby na podłodze niewidzialne strzałki wyznaczały odpowiednie kierunki — szybko, sprawnie, momentami zapominałem, że jest u mnie dopiero od paru godzin. mówię jej to: — czy ty już tu kiedyś byłaś? — a ona się śmieje.

i robi to pierwszy raz: mokre włosy, wyglądające jak proste, cienkie warstwy kory, wiszące krótko nad ramionami, pachnące drewnem, kołyszą się do przodu i do tyłu, wraz z tyłkiem wpychanym coraz głębiej, bliżej ściany. z jej twarzy nie schodzi wyraz absolutnej pewności siebie, choć dłonie ma zajęte papierosem i zapalniczką, jednocześnie powstrzymując ręcznik przed rozwinięciem. patrzę na to zjawisko kompletnie zauroczony, wiem że to widzi, ale udaje, że nie. w końcu odpala, zwraca na mnie uwagę, niby zaskoczona: — no co? — a ja na to: — ty jesteś z komiksu. — śmieje się, głośno, zaskakująco głośno: — ty głupku. co ja tu właściwie robię — i żadne z nas nie wie, i każde z nas dokładnie wie.

kocham się w tobie tak, że czasem czuję, jakbym się tym dusił, jakby mi ktoś stanął na klatce piersiowej, a jednocześnie to rozrywające, rozpychające żyły uczucie, przez które literalnie nie mogę usiedzieć w miejscu. — nie brzmi jakby należało do najprzyjemniejszych uczuć. — odpisuje.

miłość to jest wrzący ocean, odurzające uczucie, jakby zapętlony moment, w którym wchodzi mdma, to nie są pokolorowane dziecięcą rączką bajki disneya, to wilgotne z tęsknoty dłonie, pokruszone szkło wypadających szklanek, nagłe otępienie, huk cyklonu w środku słonecznego dnia.

czy to przyjemne?

czasem przypomina zatrucie. powoduje odruch wymiotny, odbiera przyjemność z wcześniej, wydawałoby się, całkiem radosnych czynności. ogłusza, wpycha łeb pod powierzchnię jeziora i trzyma, zalewa na zmianę falami ciepła i deszczem zimnych dreszczy. nie masz nad tym żadnej kontroli, to jak ciastko z haszem zjedzone na nieświadomce. a jednocześnie sprawia, że mózg topi się w zalewie z serotoniny, pozwala na podejmowanie zachowań skrajnie ryzykownych, nie mających nic wspólnego z podświadomym instynktem przetrwania; byle zbliżyć się, jeszcze na kilka centymetrów, do pożądanego ciała. miłość to mokra gruda ziemi, która utknęła w gardle, i powodowana jest u mnie kimś, kto ma zaledwie sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu.

to ruchy nacechowane czułą przemocą, atmosfera wypełniona nieśmiałym napięciem — zapiszę to sobie po naszym pierwszym spotkaniu. będę kompletnie zbity z tropu; zszokowany, że mała kulka twojego ciała rozbija naturalny rytm, który zdążyłem wypracować na przestrzeni ostatnich miesięcy. kolejne godziny topniały, moczyliśmy słowa suche jak herbatniki w resztkach alkoholu, byliśmy zmęczeni, dzieliła nas odległość, ja wiem, wyciągniętego ramienia, a otaczała nas bańka delikatnego, marihuanowego dymu, nigdy nie było między nami ani odrobiny niezręczności. kiedy zapytałem cię, czy chcesz się całować, oczy ci rozbłysły, ale zupełnie niewzruszona, odpowiedziałaś: — skąd ci to przyszło do głowy — a ja na to, że nie wiem, po prostu uważam, że moglibyśmy, masz takie usta, które wyglądają na miękkie i chłodne policzki, które chciałbym ogrzać dłonią, odcisnąć na nich delikatnie cztery i pół palca, bo na cały kciuk może zabraknąć miejsca, a ty: — mogę to przemyśleć — i przeciągasz się, ziewając.

potem wstajesz, obserwuję twoje szybkie, zdecydowane kroczki, kładziesz bezgłośnie małe stopy jakby we wcześniej pozostawione ślady w śniegu. siadasz najpierw na brzegu materaca, odgarniasz z czoła włosy, przesypujesz je do tyłu, oddmuchujesz mały, nieusłuchany kosmyk, i głosem rozcieńczonym wzruszeniem, wibrującym w wyższych rejestrach na skraju głoski, mówisz do mnie: — chodź. — a ja czuję jakbym utknął w kubku z kisielem, no nie mogę, próbuję podciągnąć ramię do góry, ale wyglądam jakbym dostał drgawek, śmiejesz się, powtarzasz: — no chodź tu — przeciągając ‘u’, zasysając dolną wargę z lekkim świstem powietrza. — chcę cię rozmienić na drobne i trzymać w każdej kieszeni po trochu — tego nie powiedziałem, ale to był moment, w którym uświadomiłem sobie, że nie mogę cię zgubić, bo umrę.

ten prąd, który między nami przepływał, nie był efektem tarcia; on pochodził od ciebie. schodził najpierw wzdłuż kręgosłupa, przenikał do podbrzusza i na przemian kurczył i rozciągał moje mięśnie. ktoś taki jak ty nie powinien istnieć, moje wielomiesięczne obliczenia, prowadzone na skórach obcych ciał zupełnie wykluczały taką możliwość. a ty, nie wiedząc o tym, po prostu się pojawiasz — gdzieś między czerwcem a lipcem jest taki jeden wieczór, widzę cię z daleka, przystaję, jest czarno, kitka na czubku twojej głowy w kolorze płynnego srebra migocze w oddali, jest jak latarnia zwiastująca szczęśliwy port. zbliża się do mnie, w końcu stajemy naprzeciwko siebie, pod ścianą deszczu, unikasz mojego wzroku, zawsze potem będziesz to robić po dłuższym okresie niewidzenia, moja ręka zawisa w powietrzu w geście powitania, mówisz: — czekaj — wyplątujesz się ze słuchawek, w końcu przedstawiamy się sobie i pierwszy raz w historii świata słyszymy swoje głosy.

duch z internetu nabiera kształtu, materializuje się w tych stu sześćdziesięciu pięciu centymetrach, miliony zbiegów okoliczności i niepozornych przypadków zbiegają się długimi liniami w jednym punkcie, na czubku twojego małego nosa, i pchasz je teraz delikatnie przed sobą, powodując zmarszczki na powierzchni rzeczywistości, ocierasz się o mnie ramieniem, i to jest moment, w którym rozpoczynamy nową podróż, nasz pierwszy szlak wytyczamy mokrymi ulicami Sadyby, po raz pierwszy, i po raz ostatni.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.