Co zapamiętam najlepiej z Destiny?

Premiera Destiny 2 już za kilka dni. Kolejny etap mojej podróży w poszukiwaniu przeznaczenia rozpocznie się już szóstego września. Spędziłem z tym tytułem prawie osiemset godzin na kosmicznej włóczędze, a także pomocy innym graczom w tym świecie.

Czy to dużo? Nie. Czy zrobiłem wszystko, co chciałem zrobić? Nie. Czy będę chciał kiedyś wrócić? Nie wiem. Stworzony przeze mnie Warlock, wyposażony w karabin automatyczny i snajperkę będzie teraz próbował odzyskać to, co odebrał mu niejaki Ghaul — dowódca Czerwonego Legionu. Świat, który znałem nie będzie już taki sam.

Nie chcę jednak, aby ten tekst zamienił się w elaborat na temat tego, w jaki sposób Destiny zmieniło moje podejście do grania w gry. Już kiedyś taki tekst powstał z okazji premiery dodatku Rise of Iron. Dlatego postanowiłem wyciągnąć z mojej głowy pięć wspomnień, które będę chciał zabrać ze sobą do Destiny 2. To właśnie one sprawiły, że nie mogę się doczekać kolejnej podróży w nieznane.

Przed przeczytaniem tekstu warto jednak włączyć coś klimatycznego. Dlatego wybrałem chyba jednej z najbardziej charakterystycznych motywów z Destiny.

  1. Pierwszy raid, czyli “Oryx musi zginąć!”
No co mi zrobisz na tym plejcie? No co? O kur… oczko… *Guardian down!*

Pierwszy wypad na raid w Destiny to coś, do czego warto się przygotować. Dlaczego? Mimo, że reszta ekipy może sobie sama poradzić z większością wyzwań, to i tak swoje zadanie musisz wypełniać w stu procentach. Tym bardziej, jeśli odstajesz od drużyny pod kątem ilości światła czy dobrego sprzętu.

Wielu wyjadaczy ma dość King’s Falla. Dla mnie to raid, który przywołuje najlepsze wspomnienia, a robienie go zawsze sprawia mi podobną przyjemność. Poszukiwanie ukrytych duszków na Dreadnaught czy skakanie po statkach również. Zresztą późniejsze wyprawy na Wrath of the Machine, Crota’s End czy Vault of Glass również należały do tych aktywności, które lubiłem robić. Ustawiasz się z grupką znajomych na piątkowy wieczór, przechodzisz raid, a przy okazji zawsze można trochę pożartować czy pogadać o głupotach w drodze do kolejnej stacji. To coś, czego prawdopodobnie sam bym nigdy nie doświadczył.

2. Odkrywanie tajemnic Wrath of the Machine, czyli “no k… nie wierzę…”

Jak oni to wsadzili na szczyt muru?

Tak właśnie brzmiały słowa wypowiedziane przez niejakiego Takedowna, gdy po raz pierwszy udało nam się po raz pierwszy “zabić” Aksisa — ostatniego bossa raidu Wrath of the Machine.

W przypadku Rise of Iron po raz pierwszy byłem w stanie doświadczyć tego, co ominęło mnie w drodze do Taken Kinga. Odkrywanie sposobów na pokonanie bossów, przeszukiwanie kątów z nadzieją na odnalezienie skrzynek i ta radość po dotarciu na metę. Do tego jeszcze unikanie jakichkolwiek spoilerów czy poszukiwanie najlepszych sposobów na zdobycie odpowiedniej liczby światła.

To była niezła zabawa, świetny tydzień w wykonaniu Huncwotów. Każda impreza kończyła się mniej więcej po dwunastu godzinach. Łatwo więc policzyć ile czasu w ciągu tego tygodnia spędziliśmy na dążeniu do wielkiego finału.

3. Poszukiwanie surowców i zaginionych satelitów, czyli “zachciało się egzotyków, co?”

Z takim mieczem to i bieda cosplay mógłbym zrobić…

Lubicie zbieractwo w grach? Bo ja nienawidzę.

Nienawidzę łazić w kółko w poszukiwaniu konkretnych surowców. Nie mniej jednak, aby stworzyć egzotyczny miecz o nazwie Bolt-caster potrzebowałem biegać w kółko po rosyjskim kosmodromie. To właśnie tam znajdowały się Spinmetale — takie małe badylki, których potrzebowałem trochę większą ilość. Dla kogoś takiego jak ja był to horror, który zapamiętam do końca życia.

Tak samo jak poszukiwanie spadających satelitów po to, abym mógł dokończyć zadanie na Sleeper Stimulant. Ten aktualnie stał się moim ulubionym fusionem, a przy okazji mogliśmy podziwiać krajobrazy na planetach. Nie mniej jednak przesiadywanie bez większego pomysłu na siebie przez bite kilka godzin nie należało do najprzyjemniejszych.

4. Warlock Master Class, czyli “unlimited… power!”

One… Two… Yes! Three down! THIS IS AMAZING! I CAN’T BELIEVE WHAT I’M SEEING!

Bez względu na to czy jesteś Awokenem, Exo czy Człowiekiem warto wybrać klasę, z którą czujesz się najpewniej.

Oczywiście, warto być przygotowanym na wszelkie ewentualności. Bańka tytana zawsze się przyda w przypadku masowego ostrzału przeciwnika, a Golden Gun nie raz udowodnił, że jest w stanie rozwalić nawet najtwardszego potwora. W moim przypadku prawdziwą moc poczułem wtedy, gdy odkryłem wraz z The Taken King klasę Stormcallera.

Nazywana przez wielu Strażników “Palpatinem” lub “Spawarką”. Ta, która potrafi błyskawicznie eliminować duże grupy przeciwników. Podobnie, jak innych graczy na Crucible. Chciałbym umieścić ją na pierwszym miejscu obok Nova Bomb i Fist of Havoc tytana, ale możliwość poszukiwania swojej zdobyczy chwilę po odpaleniu przechyla szalę na korzyść Stormcallera.

A przy okazji — zawsze w przypadku żywiołów bliższy byłem grzmotom i piorunom. Może dlatego tak bardzo lubię Raidena w Mortal Kombat.

5. Przekonałem się wreszcie do wspólnego grania, czyli “ekipa podstawą sukcesu”

Chyba najlepszy screen z tych, które posiadam. Są lepsi specjaliści od robienia zdjęć klasowych w Destiny.

Zacznę od tego, że nigdy nie byłem typem gracza spełniającego się kooperacji z innymi. Być może dlatego nigdy nie będę czerpał w pełni satysfakcji z kolejnych prób wbijania rang w Overwatch, a na myśl o Trialsach przychodzi informacja zwrotna: “eee, może nie?”.

Zawsze byłem indywidualistą w grach i to raczej się nie zmieni. Z drugiej strony jednak to właśnie Destiny zachęciło mnie do grania ze znajomymi. Wcześniej co prawda pojawiły się nieśmiałe próby przy okazji betatestów, ale dopiero po pierwszym raidzie zdałem sobie sprawę, że wspólne dawanie łupnia Fallenom czy Cabalom sprawia sporo frajdy.

Najpierw reprezentując barwy Obrońców Doliny Muminków, aktualnie krocząc dumnie do boju ze sztandarem Huncwotów z Krainy Deszczowców. Niektórzy z was może nas kojarzą. Tych, którzy nie mieli z nami styczności — zachęcamy do poznania! Zaczęło się od Destiny, a ostatecznie gramy we wszystko, a na imprezach przesiadujemy całymi godzinami. Wcześniej wolałem spokojne granie w domowym zaciszu, teraz brakuje mi czasami wspólnego strzelania. To chyba również pokazuje, co tak naprawdę jest największą siłą tej gry — społeczność.

Bez niej nie przesiadywałbym na orbicie w oczekiwaniu na kolejny raid. Nie spędzałbym tylu godzin podczas różnych wydarzeń. Mimo wielu problemów, z którymi zmagało się Destiny przez te wszystkie lata, to i tak Bungie było w stanie zgromadzić wokół swojego tytułu oddaną rzeszę fanów. Niektórzy tego nie rozumieli, inni nawet trochę szydzili. Nie zmienia to jednak tego, że między innymi dzięki społeczności możemy myśleć o kolejnych wyprawach w Destiny 2.

Trudno jest mi uwierzyć w to, że półtora roku spędzone z jedną grą było w stanie aż tak zmienić mnie jako gracza. Mam nadzieję, że niektórych znajomych znów spotkam na orbicie czy social space. A nowych Guardianów z chęcią przywitam i oprowadzę po okolicy.

Tym razem jednak będziemy walczyć bez światła.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Michał Grabowski’s story.