10 lat muzyki z #DDN

czyli subiektywny przegląd najlepszych albumów ostatnich lat

To śmieszne, że mam już dwadzieścia sześć lat. Nie zauważyłem kiedy ten czas minął i jak w podstępny sposób zmienił mój gust muzyczny — od bycia prawdziwym, długowłosym metalowcem, przeszedłem różne fazy, aż do fana k-popu i współczesnej muzyki klasycznej. Po drodze dotknęła mnie Beatlemania, fascynacja psychodelią i rockiem progresywnym, mroczną elektroniką, eklektycznym rapem, a nawet folkiem. Ponieważ początek słuchania muzyki “na poważnie”, to jest z własnymi przemyśleniami, głębszą analizą tematu i przyswajaniem płyt, jako całości przypadł właśnie gdzieś koło piętnastego roku życia, tedy niemal jedenaście lat później przyszedł czas na podsumowanie. W tamtym czasie — po długiej nauce fortepianu — odkryłem dla siebie gitarę, zacząłem szalenie dużo czasu poświęcać graniu i do dziś uważam ten instrument za mi “najbliższy”. Choć w ostatnich dniach znacznie częściej staję za konsolą DJ-ską, niż z wiosłem w dłoni. Bez zbędnego lania wody, poniżej dziesięć albumów z dziesięciu lat, albumów, które wyznaczały moją indywidualną ścieżkę muzyczną. Smacznego.

2014 Twenty One Pilots “Vessel”

Wiem, wiem. Płyta została wydana rok wcześniej, jednak ja zacząłem jej słuchać dopiero w ’13. Twenty One Pilots to kolejna fuzja brzmieniowa, którą określiłbym słowami: tak brzmiałby new metal, gdyby był dobry. Duet produkuje odważne fuzje gatunków, z pozoru chaotyczne i agresywne, brzmią całkiem chwytliwie, niemal popowo. Radiowo. Ale co o tym może wiedzieć wokalista, prawda? (wink, wink)

2013 Haim “Days are gone”

trzy siostry wtargnęły w moje serce bez uprzedzenia, ich prosta i dobra muzyka trafiła w dziesiątkę, na długo dominując nie tylko gramofon, ale i moją playlistę przenośną. Może winna temu jest moja tęsknota — po okresie słuchania skomplikowanych oper rockowych, kompozycji wielowarstwowych i złożonych — za prostotą, może to są po prostu przyjemne piosenki. Tak czy inaczej, gdy zasłyszę gdzieś popularny w końcu singiel “Forever”, uśmiech bezwiednie wraca na moją twarz.

2012 Big Bang “Alive”

Po trzech latach milczenia, koreańskie supergwiazdy wróciły na scenę (w przemyśle nazywają to “comeback”) w naprawdę wspaniałym stylu — zaczynając od emocjonalnego “Blue”, poprzez obecny wszędzie przez kolejne lata taneczny singiel “Fantastic Baby”, Big Bang udowodnili, że k-pop nigdy nie miał się tak dobrze. Jeśli chodzi o moją edukację muzyczną, jest to skok w bok. Nie żałuję.

2011 A$AP Rocky “Long.Live.ASAP”

Końcówka 2011 okazała się obfita w muzyczne zaskoczenia, największym z nich był darmowy mixtape urodziwego i modnego młodzieńca, pochodzącego z NYC, należącego do A$AP MOB Rocky’ego. Cóż to za płyta! Dalej pozostając w klimatach raperskich muszę powiedzieć, że dzięki “Long.Live.ASAP” ponownie odkryłem hip-hop, spoglądając na znany mi temat z jeszcze innej perspektywy. W odbiorze nie przeszkadza nawet nadmiar kobiet i narkotyków.

2010 Kanye West “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”

Geniusz, który wcześniej uraczył nas klasycznymi albumami hip-hopowymi, zmienił twarz nagrywając “808s & Heartbreak”. Jednak największa zmiana miała dopiero nadejść, razem z wyczekiwanym odkupieniem w postaci albumu o wyjątkowo długim tytule — podobnie długi był film promujący płytę. Żarty na bok, album jest niezwykle miodny i pokazuje jak daleko pada jabłko od raperskiej jabłoni, jest tu fuzja niemal wszystkich gatunków muzycznych, nie muszę dodawać, że Kanye sprawdza się nie tylko jako raper, ale przede wszystkim — jako kompozytor. Koncert dany przez niego na Coke Festiwalu w Krakowie zaliczam do najlepszych w moim życiu, teatralność służy panu Westowi, nawet jeśli on sam śpiewać nie umie.

2009 The XX “XX”

Wybór banalny? Może. Przewidywalny? Pewnie tak. Doskonały? Zdecydowanie! Duet zaprezentował na swoim debiutanckim krążku kawał dobrej muzyki. Alternatywa, elektronika i indie, wszystko wymieszane po równi i okraszone wysokiej jakości produkcja. Szkoda, że na koncertach nie wypadają równie dobrze…

2008 Slipknot “All Hope Is Gone”

Jest zróżnicowanie, co? Slipknot pokazał na tym albumie, że skutecznie niszczy bębenki, ale robi to z sensem, z melodią, wedle wcześniej ustalonego planu. Czy “All Hope Is Gone” to najlepszy album metalowy ever? Nie! Ale za to tak przyjemny w słuchaniu, jak niemal żaden inny. Jest tu mrok, zło i agresja, nie brakuje przy tym dystansu do siebie i ironicznego uśmiechu. W mojej głowie to ostatnie chwile intensywnego słuchania metalu, po dziś dzień do ostrego grania wracam, jednak nigdy tak bardzo, jak wcześniej.

2007 65daysofstatic “The Destruction Of Small Ideas”

Metal instrumentalny? Post-rock? Nieważne jak to nazwiesz, 65daysofstatic wydali album, przy którym można się uczyć, można się kochać, można gotować, a nawet spać. Prawdziwa historia, (prawie) wszystkiego próbowałem.

2006 Tool “10,000 days”

Przeszliśmy kawał drogi! W 2006 Tool wypuścił album, który nie tylko muzycznie, ale i graficznie bardzo mocno do mnie przemówił. Jego wielowarstwowość, operowanie różnymi środkami wyrazu artystycznego i masteria instrumentalistów… więcej, niż się spodziewałem, pamiętam też, że więcej kosztował bilet na koncert w Spodku, nie było mnie na niego stać— dziesięć lat temu ponad dwieście złotych za najtańszy bilet było ceną zaporową… nadal jest? Po doświadczeniach z k-popem wiem, że niekoniecznie.

Like what you read? Give Damian Dawid Nowak a round of applause.

From a quick cheer to a standing ovation, clap to show how much you enjoyed this story.