Co zapamiętałam z wizyty w Brukseli

To było jakieś dwa lata temu. Koło naukowe, czyli opiekunowie koła, wymyślili, aby pojechać do Brukseli na dni otwarte Parlamentu Europejskiego, bo znalazły się pieniądze i w ogóle i w szczególe będzie dobrze. Pomijam fakt, że zwrot pokrył może z 20% wydatków, pomijam również taki szczegół jak to, że kazano nam zarezerwować bilety lotnicze nie na te dni oraz fakt, że była to najdroższa wycieczka mojego życia w ogóle. Teraz chciałabym się skupić, co zostało mi w pamięci po tym czasie. Na szczęście jest trochę zdjęć.

Święta trójka jedzeniowa: frytki- gofry- czekolada
Kilka dni dłużej w tym mieście, a zapewne dosłownie zaczęłabym tyć w oczach. Ceny, jak można się domyślić, nie były odpowiednie na kieszeń biednej studentki, więc jadło się to, co było najtańsze, czyli naprzemiennie frytki- bardzo grube, fajnie przyprawione i zawsze z sosem majonezowym i/lub ketchupem oraz gofry, czasem tylko z cukrem pudrem lub bitą śmietaną, ale bywały też prawdziwe dzieła sztuki cukierniczej.

Udawana dwujęzykowość
Wiedziałam, że Belgia poza francuskim używa także flamandzkiego, którego naprawdę byłam ciekawa, bo co nieco już słyszałam w tym języku i bardzo mi się to spodobało. Ale prawda nie była tak kolorowa jak oczekiwałam, a wcale nie miałam wielkich oczekiwań. Flamandzki słyszałam tylko w metrze, kiedy mówiono stacje. Widziałam na nazwach ulic. I to by było na tyle. Nie pamiętam, żeby nawet, żeby każde menu czy większość miała flamandzki. Tylko francuski.

Tylko francuski
Teraz nieco z innej strony taki mały tip. Jak najlepiej odpędzić się od niechcianych naganiaczy? Powiedzieć “sorry, I do not speak French”. Powiem tylko, że działało w 99% przypadków. Ale działało też, kiedy chcieliśmy zapytać o drogę, bo jeśli zapytało się po angielsku, to równie dobrze mogło się być niewidzialnym. Nawet nie chodziło o to, że ludzie wzruszali ramionami, ale w ogóle nie chcieli pomóc, nawet palcem na mapie pokazać. Na trzy dni pobytu pomocny był tylko jeden francuskojęzyczny pan oraz… Polacy. Jeśli nie Polacy pierwszego pokolenia, to drugiego lub trzeciego, a możecie wierzyć, że jest ich tam naprawdę sporo. Angielski działał tylko przy siedzibach europejskich, a dalej… Łatwiej się było po polsku z Belgiem dogadać niż po angielsku.

Żołnierze parami
To był czas zamachów. Dodajcie do tego dni otwarte siedzib europejskich. Tak. Właśnie. Wszędzie żołnierze w tych swoich dziwnych kolorami strojach. Tu akurat zdjęcia brak.

Brak bankomatów
Nawet nie chodzi o to, że można płacić kartą, bo nie bardzo. Ale bankomatów też nie ma, więc naprawdę trzeba wcześniej pomyśleć o tym, że nie ma pieniędzy i że trzeba wybrać i gdzie, bo w Brukseli bankomaty można policzyć na palcach jednej ręki. Poza tym, jak nie jeden raz pieniądze w Polsce wybierałam, tak tam stałam chyba z 15 minut próbując zrozumieć czego ta maszyna ode mnie chce i jak mam jej powiedzieć, że ja chcę tylko 10 euro, a nie 20. Gdzie jest anuluj? A potwierdź? Jak się wychodzi? Dlaczego te literki są takie małe? Ogólnie nie polecam.

Ociekający złotem Rynek
Jakby ktoś nie wiedział, to Belgia jest monarchią, w sensie mają króla. I królową. A Wielki Plac to niemal średniowieczna manifestacja bogactwa i nie przesadzę jak powiem, że podczas mocnego słońca ledwie dało się patrzeć, bo wszystko się błyszczało.

Malutki chłopiec
Czyli chyba najsłynniejsza rzeźba w Brukseli, która okazała się maleńka. Gdyby nie tłumy Azjatów robiących sobie przy tym zdjęcie, prawdopodobnie nawet bym go nie zauważyła, bo kryje się w małym rogu uliczki i sam jest tak mały, że zapewne nie wyższy niż moja ręka.

Chłopiec wszędzie
Był przy gofrach, przy piwie, przy fladze, przy piwie i fladze, przy beczce z piwem, na pocztówce, z plastiku, z metalu, oryginalnej wielkości i większy od człowieka… Mały chłopiec był wszędzie.

I gofry były wszędzie
Na każdej ulicy, w każdym zaułku, z chłopcem do kompletu. Do dziś pamiętam: 2 euro za czystego gofra, każdy dodatek za euro i kończyło się z deserem wartym 50 zł. I nie wiem, ale to chyba tylko moje zdanie, że chyba wolę te gofry w Polsce. Może dlatego, że nie lubię drożdży, a ciasto na nie było drożdżowe. Jednak wystawy robiły wrażenie i pobudzały produkcję śliny.

Kufle do kvaka i piwo
Gdyby nie daleka podróż szkła, płyny do 100 ml oraz cena, pewnie skusiłabym się na zakup tego konkretnego rodzaju piwa z kuflem do kompletu, bo chyba byłaby to naprawdę ciekawa i warta uwagi pamiątka.

Ładna, niezwykle fotogeniczna architektura
Każda ulica, każdy budynek, rzeźba czy kwiatek wychodził mi na zdjęciu ślicznie. Bruksela to niemal taka modelka wśród miast, efektowna, robiąca wrażenie i kochająca się z aparatem. Tylko stojąc na środku Wielkiego Placu, czy w Muzeum Czekolady czy gdziekolwiek indziej, wcale nie byłam zafascynowana, że tam byłam. To było coś jak porozmawiać z najprzystojniejszym facetem pod słońcem i zrozumieć, że wcale nie mamy o czym, że chociaż miło popatrzeć, wcale mnie nie zajmuje, nie porusza strun w sercu, nie inspiruje. Po prostu jest ładny. I tyle.

To by było na tyle moich przemyśleń. Patrząc na to z perspektywy dwóch lat, jestem pewna, że nie tęsknię wcale, że nie pamiętam na tyle, by chcieć tam powrócić.