Śmierć i życie Pruitt-Igoe — krótka historia upadku pewnego amerykańskiego osiedla

Emilia Wanat
May 27, 2017 · 7 min read

Historia osiedla Pruitt-Igoe zaczyna się jak utopia, lecz fatum ciążące nad tym miejscem sprawiło, że jego koniec przypomina raczej grecką tragedię. Kompleks mieszkaniowy, mający zdjąć skazę z budownictwa socjalnego, stał się symbolem amerykańskiej segregacji rasowej, wspieranej przez instytucje federalne. Choć osiedle wyburzono 45 lat temu, jedenastopiętrowe bloki nadal rzucają swój długi cień nie tylko na St. Louis, ale i na całą Amerykę.

Pruitt-Igoe ma być amerykańską realizacją myśli Le Corbusiera. Jego koncepcja, opierająca się na układzie wertykalnym i wielkich blokach mieszkalnych, ma pomóc rozwiązać kryzys mieszkaniowy powojennej Europy, jak i rozwijających się w szaleńczym tempie Stanów Zjednoczonych.

W Ameryce trwa wędrówka ludów. Na skutek zmian w rolnictwie drobni farmerzy nie są już w stanie utrzymać się ze swoich kilkuakrowych skrawków ziemi. Wielkie metropolie, które kuszą miejscami pracy w przemyśle, nie dają rady pomieścić swoich mieszkańców. Codziennie przybywają tu rodziny z całego kraju, biali i czarni. Wolny rynek nie jest w stanie zapewnić im godnych warunków mieszkaniowych, przez co większość z nich kończy w slumsach. Do gry wchodzi rząd federalny — postanawia zrewitalizować centra miast. Najlepiej jadąc po kosztach.

Idea wielkiego zespołu mieszkaniowego, która przyświecała Minoru Yamasakiemu, trafia więc na brutalny opór rzeczywistości. Ze względu na cięcia w Kongresie upadają jego plany budowy budynków różnej wielkości. W końcu zapada decyzja o wzniesieniu jedenastopiętrowych bloków z wielkiej płyty. Rząd oszczędza na wykończeniu, jak tylko się da.

Gdy trwają jeszcze prace nad projektem, w Missouri nadal panuje segregacja rasowa w obiektach użyteczności publicznej. Yamasaki dzieli więc swój projekt na dwie części. Jedna, nazwana Pruitt (na cześć Wendella O. Pruitta, czarnoskórego pilota, walczącego w II wojnie światowej) ma być zamieszkana przez Afroamerykanów, druga, której patronuje kongresmen William L. Igoe, jest przeznaczona dla białej klasy średniej. Ale po raz kolejny plany Yamasakiego biorą w łeb.

W 1954 roku Sąd Najwyższy wydaje wyrok w sprawie Brown v. Board of Education, orzekając, że segregacja rasowa narusza czternastą poprawkę do konstytucji. Biała klasa średnia bierze nogi za pas i ucieka na przedmieścia, zostawiając Pruitt-Igoe czarnym, z których znaczna część dopiero przyjechała do St. Louis. Desegregacja, która ma rozwiązać konflikty rasowe w społeczeństwie amerykańskim, paradoksalnie jeszcze je pogłębi. Pruitt-Igoe, wbrew założeniom swojego twórcy, stanie się gettem.

11 pięter

Pruitt-Igoe jest miastem bez ojców. Przynajmniej na papierze. Przychodzą nocą, by spotkać się z rodziną, którą byli zmuszeni porzucić, w zamian za mieszkanie, gdzie każdy ma własne łóżko. Znikają nad ranem. Gdyby biali urzędnicy zrobili nalot i znaleźli dorosłego mężczyznę, cała rodzina straciłaby dach nad głową. Dzieci od małego uczy się, jak kłamać urzędnikom w żywe oczy.

Brak ojców sprawia, że młodzi chłopcy pozostają bez nadzoru. Nudząc się niemiłosiernie w odizolowanym od świata osiedlu, lubią grać w wyzwania. Jedną z ich ulubionych zabaw jest rozbijanie żarówek i szyb na korytarzach. Z czasem dozorcy przestają je wstawiać.

Wiele z modernistycznych „udogodnień”, delikatnie mówiąc, nie spełnia swoich funkcji. Windy zatrzymują się jedynie na pierwszym, czwartym, siódmym i dziesiątym piętrze. Ma to zachęcić mieszkańców do zacieśniania sąsiedzkich relacji. Skutkuje to zgoła czymś innym, głównie większą liczbą kradzieży i napadów na ciemnych klatkach schodowych. Wielkie zielone plenery za oknem mają zapewniać lokatorom mnogość wrażeń estetycznych. Z czasem ta ziemia niczyja zostaje opanowana przez lokalnych przedsiębiorców, głównie dilerów narkotykowych. Interes kwitnie, bo policjanci na osiedle nawet nie wchodzą.

Gdy w latach 50. w Ameryce trwa złota era telewizji, w Pruitt-Igoe panuje oficjalny zakaz posiadania telewizora. Na osiedlu nie ma też linii telefonicznych. Pierwotna euforia z posiadania własnych czterech ścian z czasem się ulatnia. Pruitt-Igoe staje się dla wielu pułapką bez wyjścia.

Na początku każdy budynek ma dozorcę. Z czasem na ich pensje zaczyna brakować funduszy. Rząd zrobił swoje, budynki stoją. Od reszty umywa ręce. Mieszkańcy mają samodzielnie płacić na utrzymanie ze swoich czynszów, ale te rosną w szalonym tempie. Zmiany, jakie zachodzą w amerykańskich miastach, sprawią, że upadek osiedla jest już praktycznie przesądzony.

Wszystkie drogi prowadzą na przedmieścia

W połowie lat 60. Pruitt-Igoe zaczyna podupadać. Windy zacinają się coraz częściej, więc na jedenaste piętro trzeba wchodzić po cuchnącej moczem klatce schodowej. Tymczasem biała Ameryka pielęgnuje świeżo skoszone trawniki przed swoimi małymi domkami, które z góry wyglądają jak kostki domina.

Pod koniec lat 40. wydaje się, jakby wzrost amerykańskich miast miał się nigdy nie skończyć. Urzędnicy przewidują, że populacja St. Louis dobije do miliona przez 1970 rokiem. Mylą się. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Od lat 60. miasto co dekadę będzie traciło kilkanaście procent swojej populacji.

Gdy klasa średnia po pracy rozpoczyna swój codzienny exodus na przedmieścia, centra miast zostają bez swojego naturalnego dozorcy. Na ulice wylęgają wtedy bezdomni, prostytutki, gangsterzy i wszelkie nieheteronormatywne typy. Jako że nikt z wyżej wymienionych nie bardzo pali się do płacenia podatków, bankrutują usługi publiczne, szkoły i szpitale. Miasto staje się przestrzenią rodem z Dzikiego Zachodu. Tak też sportretuje je Scorsese w „Taksówkarzu”.

Tymczasem na przedmieściach panuje ład i harmonia. Aby wykluczyć pewien „typ ludzi” z danej społeczności potrzeba jedynie dobrych planów zagospodarowania przestrzennego. Wystarczy zawrzeć w nich paragraf, który zabrania budowania w okolicy bloków mieszkalnych. Segregacja rasowa, oficjalnie zniesiona, nadal funkcjonuje. Tym razem pod płaszczykiem wolnego rynku.

I nie było już nikogo

Pruitt-Igoe już w drugiej dekadzie swego istnienia wygląda jak po katastrofie nuklearnej. Wybitych okien nikt nie wstawia, więc zimą na korytarzach hula lodowaty wiatr.

W lepszych dzielnicach miasta po uciekinierach zostało pełno niezłych mieszkań, które teraz stoją puste. A że chętnych jest niewielu, ceny na rynku są stosunkowo niskie. W połowie lat 60. z bloków w Pruitt-Igoe mieszkańcy zaczynają więc znikać jeden po drugim.

Miasto potrzebuje pieniędzy na remonty. Lecz im bardziej władze podnoszą czynsze, tym więcej ludzi decyduje się na wyprowadzkę. Gdy w 1969 mieszkańcy dostają po raz trzeci w tym samym roku podwyżkę rachunków, mówią dość. Rozpoczyna się strajk lokatorski. Władze miasta grają na przeczekanie, ale w końcu ulegają. Obniżają czynsze do jednej czwartej przychodów lokatorów. To ma być nowe rozdanie.

Wydarzenia stycznia 1970 roku otwierają jednak ostatni rozdział tej historii. W kilku blokach pękają rury kanalizacyjne. Ścieki leją się po schodach. Smród jest nie do zniesienia. Jakby tego było mało, nawala też sieć energetyczna.

W 1957 roku, kilka lat po oddaniu osiedla do użytku, zajętych jest 91% mieszkań. W 1971 roku już tylko 35%. W siedemnastu budynkach, podzielonych na 2870 jednostek, mieszka sześćset osób.

W 1972 roku zapada decyzja o wyburzeniu trzech z 33 budynków z myślą o dalszej przebudowie. Zdjęcie Pruitt-Igoe wysadzanego w powietrze zdobi w maju tego samego roku okładkę magazynu LIFE. Obraz eksplozji i gruzów zadomawia się w ludzkiej świadomości. Osiedle istnieje zaledwie szesnaście lat. Ten rok przechodzi do historii jako koniec modernizmu w architekturze.

Amerykański sen/amerykański koszmar

Od czasu spisu powszechnego w 1950 roku St. Louis traci ponad sześćdziesiąt procent mieszkańców. Najwięcej ze wszystkich miast, których populacja przewyższa wtedy sto tysięcy. Równać z nim może się jedynie Youngstown w stanie Ohio, no i Detroit. Razem tworzą wielowątkową opowieść o upadku regionu, który ochrzczony zostanie mianem “pasa rdzy”.

Znajdujący się w pobliżu Wielkich Jezior region, dzięki swojemu dogodnemu położeniu, stał się amerykańskim centrum przemysłu ciężkiego. To właśnie tu znajdowało się epicentrum amerykańskiego snu, które promieniowało na cały kraj za każdym razem, gdy z linii fabrycznych schodził nowy model Forda. Wraz z postępującą globalizacją i kryzysem naftowym lat 70. pas rdzy znalazł się w stanie śmierci klinicznej.

Minoru Yamasaki ma jeszcze jeden słynny projekt — dwie nowojorskie wieże, które również zamienią się w gruzy. World Trade Center zostanie oddane do użytku rok po tym, jak w Pruitt-Igoe wybrzmią pierwsze eksplozje. Oba obiekty staną się symbolami. Ten pierwszy — ekonomicznej i kulturowej dominacji Ameryki, drugi — jej moralnego upadku.

Emilia Wanat

Written by

Multiculturalism | Migrations | Race Relations | Social Movements

More From Medium

Welcome to a place where words matter. On Medium, smart voices and original ideas take center stage - with no ads in sight. Watch
Follow all the topics you care about, and we’ll deliver the best stories for you to your homepage and inbox. Explore
Get unlimited access to the best stories on Medium — and support writers while you’re at it. Just $5/month. Upgrade