Dom Ślimaka
Stawiam, kładę, rzucam w pośpiechu. Niosę, trzymam, ciągnę zmęczony. Szukam, przerzucam, wkładam i wyjmuję. Garść rzeczy osobistych. Szczoteczka do zębów, grzebień, mydło w płynie. Trochę ubrań na każdą porę roku. Chłodnych i ciepłych, przewiewnych, odpornych na deszcz i wiatr. Koszulki, swetry, bluzy, spodnie, szorty i spodenki. Dwie książki z poszarpanymi stronami. Przykre to i trudne, czasami po prostu i zwyczajnie brakuje papieru do chwil intymnych. Ręcznik, który pachnie dniem wczorajszym. Skarpety, sandały. Buty na grubej podeszwie, ze skórzanymi bokami, twardym nosem i piętą - na stopach, zbyt ciężkie, by nosić na plecach. Czarny notes z gumką. Ołówek, bo zatuszować go można ostrym nożem, kamieniem, tynkiem lub chodnikiem. Suchary, metalowa butelka z wodą. Ach, …i jeszcze wspomnienia… to najcięższe z rzeczy, które dźwigam.
- Te, marynarz, port ci gdzieś odpłynął!
- Eee, jaki marynarz, to ślimak, wolny taki idzie.
Stoję. Patrzę. Nic nie mówię. Bolą mnie plecy. Swędzi skóra. Kiedy się myłem? Czuję głód, pod płaskim brzuchem sznur pustych jelit. Spierzchnięte usta. Czerwone oczy. Spałem dzisiaj dwie, może trzy godziny. Złotą tarczą bólu wita mnie kolejny dzień w podróży. Idę…
