Mała rzecz o pustce
Jest taki genialny odcinek serialu You're The Worst. Gretchen z depresją obsesyjnie zaczyna podglądać sąsiadów - wydaje się, że szczęśliwą parę z dzieckiem. Parę, która widzi pełen pustych butelek śmietnik przed domem Jimmy'ego i Gretchen i mówi "remember this? I miss out largo days", wspominając czasy szalonych imprez i braku zobowiązań.

Para mówi, że ich życie stało się takim cliche, ale szybko stwierdza, że może jednak nie.
Gretchen: "They talk about how if you make one different decision your life might be totally different but is that your only shot? Can you make another decision or series of decisions that could get you back to the alternative life that you never got to live"
Gretchen patrzy na parę, podgląda ją i śledzi. W sklepie prawie porywa ich dziecko.
W końcu kradnie psa pary i udaje, że jest w stabilnym związku, z mężem dzieckiem, mówi ludziom w parku jak to jej dobrze w tym podpatrzonym życiu.
Potem puka do drzwi sąsiadów i udaje, że znalazła ich psa. Zapraszają ją do środka, Gretchen patrzy na nich zachwycona, z niemal szalonym wzrokiem.
Para mówi, że jednego dnia zaczyna się od bzykania w toalecie na koncercie, potem kończy się na kompromisach, ale że to nie koniec funu w życiu. Że bycie niewolnikiem "coolness" oznacza, że znajomi nie dorastają, że w końcu żyje się mniej autentycznym życiem niż wchodząc w stabilność.
Przychodzi jej chłopak Jimmy i wszystko zaczyna się sypać.
Idealny mąż zostaje sam na sam z Gretchen i zaczyna monolog, monolog niszczący wszystko co Gretchen widziała podglądając parę przez okno. Mówi, że życie stało się nudne, że tak naprawdę nie ma już funu, błaga by Gretchen i Jimmy zabrali go na jakąś imprezę. "Sometimes i just look around and just wonder how did this happen?" Mini na podjeździe jako symbol końca dobrego życia, dziecko i kredyt jako gwóźdź do trumny. Ktoś ukradł życie.
Gretchen jest zdewastowana. Gretchen zaczyna rozumieć, że nie ma ucieczki od pustki, że to, czego nie mamy zawsze wydaje się lepsze. I że lepiej nie będzie. Jimmy gada, Gretchen idzie obok niego, płacze po cichu, Jimmy tego nie widzi.
Chyba nigdy żaden serial, żaden film, nic, nie ruszyło mnie tak, jak to. Perfekcyjne od początku do końca. Wytrącone z normalnego rytmu i formatu serialu. Nic mnie tak nie ruszyło, bo nic nie trafiło tak blisko. Świetna realizacja i każdy szczegół, każdy dialog dokłada cegiełkę to tragedii samotności wśród innych, tęsknoty za nie wiadomo czym.
I chęci zapełnienia pustki. Tej pustki w środku, najgłębszej, sprawiającej, że czasem lecą łzy w nieodpowiednim momencie, tej pustki która każe podążać za które jest niemożliwe, tej pustki która każe dokonywać wyborów, z których nigdy nie będziemy zadowoleni bo i tak na końcu jest nic - wielkie nic. Brak uczuć, brak smutku, brak radości.
Tej pustki, która czasem doprowadza na krawędź, popycha poza granice i udowadnia, że prędzej czy później, choć zwykle prędzej, nic nie ma znaczenia.
Nic.