Tradycyjne, polskie katolickie wartości

Za każdym razem gdy słyszę o tradycyjnych, katolickich wartościach które mają uratować Polskę przed upadkiem/poddaniem się dyktatowi zachodu/ugięciem się pod multikulti czy straszną homoideologią dżender prowadzącą do rozpadu polskiej rodziny i cokolwiek tam jeszcze mam ochotę krzyczeć. Nie wiem, dlaczego lubimy być nieszczęśliwi, może wiąże się to z kultem cierpienia w imię wyimaginowanych rzeczy, może to wypadkowa katolicyzmu, martyrologii, zaściankowości i frustracji. Wiem natomiast, że te “tradycyjne wartości” sprawiły, że niemal nikt z moich przodków nie był szczęśliwy.

Moja babcia od strony taty, M., pochodziła ze wschodu, do dzisiaj na Ukrainie mam podobno jakąś dalszą rodzinę o której nie wiem niemal nic. Bo u mnie w tej części rodziny nie odpowiadało się zbyt dużo o przeszłości. Nas, dzieciaki urodzone w okolicach 89' trzymało się z daleka od tych opowieści. Jednak słuchałam, czasem komuś się coś wymksnęło a na starość dziadkowie pogrążeni w chorobach byli bardziej rozmowni.

Babcia M. nie miała szczęśliwej młodości. W czasie wojny zaciążyła mając naście lat. Do dziś to jak to się stało to tajemnica — być może był to gwałt, może jakaś inna mroczna opowieść. W każdym razie tradycyjne katolickie wartości poszły w ruch. Babcia szybko stała się pariasem, bo przecież to hańba mieć w rodzinie puszczalską z brzuchem.

Ciąża a potem małe dziecko i brak męża szybko sprawiły, że M. została trochę odsunięta od rodziny, poza tym dookoła rozgrywało się piekło. W tajemniczych okolicznościach M. wyszła za mąż za dziadka S. — górala skurwysyna, który potrzebował służącej.

M. była w tym dobra. Jej zmiażdżony duch i desperacja sprawiły, że poddałaby się każdemu kto obieca miejsce do spania i pożywienie.

S. szybko pokazał, że bękart, chociaż był w zestawie, nie ma dla niego żadnej wartości, wręcz odwrotnie. Spłodził czwórkę własnych dzieci bo tak trzeba i dlatego, że dzieci to obietnica przyzwoitej starości oraz przydatne ręce do pracy na roli.

S. bił M., tak nauczono go w tradycyjnym góralskim domu. S. nie chciał posyłać dzieci do szkół, w domu toczyły się o to spory. Szkoła jest zbędna, w polu ktoś musi pracować.

Dzieci S. i M. nie miały łatwego życia. To te historie o chodzeniu na boso do kościoła i wkładaniu butów przed samym wejściem by niszczyć je jak najmniej, to te opowieści o samopasie, nękaniu młodszych, silnej ręce ojca i wymykaniu się w nocy by pożyć choć trochę.

Mimo nadziei S. trójka starszego rodzeństwa szybko wybyła z domu przy pierwszej okazji. Jedna z córek wylądowała kilkaset kilometrów dalej z mężem, druga trafiła do Austrii z mężem, najstarszy syn uciekł do Grecji, a potem do Kanady. Dalej się wtedy nie dało.

Najmłodszym był mój ojciec, który zawsze popychany, nękany przez starszych którzy potrafili nawet przywiązywać go do stołu, został. Ktoś musiał.

Starsze rodzeństwo po latach znałam. Ciocie dewotki, jedna notoryczna kłamczyni, druga podążająca ślepo za pierwszą typowa nieszczęśliwa pani domu. Obie wyszły za mąż za kalki swoich ojców. Mniej despotyczne, ale wciąż stanowcze i będące tak zwaną głową.

Ta z Austrii lubiła chwalić się swoim sukcesem, tymczasem wszyscy wokół wiedzieli, że jest nieszczęśliwa i że każde jej słowo trzeba dzielić przez dziesięć. Ta z Polski przez lata nie potrafiła zaakceptować, że jedno z jej dzieci jest homoseksualne skazując tym samym siebie i dziecko na wiele lat cierpienia i odrzucenia.

Ten z Kanady raz na jakiś czas przylatuje do Polski i szuka czegoś. Może przeszłości, może szczęścia. Robi to przez traktowanie ludzi z góry, typowo dziecięce przechwałki. Razem we trójkę potrafią rozpętać awanturę, jakiej nie widział świat.

Najpierw zmarła M. Pod koniec życia pomógł jej trochę alzheimer — pozwolił zapomnieć o nieszczęściu, dał ukojenie w dziecinnieniu. S. nie miał takiego farta, i dobrze. Zmęczony życiem, ze szwankującym ciałem do samego końca reagował agresją na niemal wszystko, potrafił nawet zwyzywać nas, własne wnuki. Zmarł stary, niemal samotny z własnego wyboru i nieszczęśliwy.

Tradycyjne polskie, katolickie wartości.

Od strony mamy tradycyjne polskie wartości miały inny wymiar.

Dziadek R. walczył w AK. Po wojnie udało mu się ukryć i doczekać repatriacji. Stracił wiarę i mówił, że to, co widział to dowód, że żaden bóg nie istnieje, że to niemożliwe i jesteśmy zdani na siebie.

Babcia K., ostatnia która wciąż żyje, straciła ojca w dzieciństwie i została sama z matką. Matka pochodziła z dobrego domu, z małego majątku szlacheckiego o długich tradycjach. W czasie wojny K. jako podlotek też dużo widziała, jednak wojna zabrała możliwości wykształcenia, przyniosła biedę głód, po wojnie zniknęła także matka.

K. jednak sobie poradziła. Dostała przydział do pracy w innej części kraju, a że była młoda korzystała z życia jak mogła. Była ładną kobietą, miała wielu absztyfikantów więc jej życie towarzyskie kwitło.

Jednak w tamtych czasach starą panną zostawało się szybko i K. by nie mieć już problemów ze złośliwymi komentarzami i presją wyszła za mąż za R.

Sama kiedyś powiedziała mi, że nie wie dlaczego. Nie kochała R., nie chciała zakładać rodziny, ale wszyscy mówili jej że musi, sama widziała stare nieszczęśliwe panny, więc wybrała R. jako tego rozsądnego.

Moja mama wychowywała się w domu, w którym R. był tym dobrym. Dziadek kochał rodzinę i czerpał radość z prostych rzeczy. Pamiętam ścianę na której wieszał wszystkie obrazki wnuków i pamiętam jak czasem siadał przy stole w kuchni, opierał brodę na dłoni i patrzył ciepło na to, jak z bratem i kuzynostwem bawimy się w pokoju.

K. była robotem. Psem opiekowała się dokładnie tak, jak trzeba, ale nigdy nie pogłaskała go z czułością. Nami, wnukami opiekowała się jak trzeba, zabierała na wakacje, karmiła, ale nie była tą kochaną babcią.

Moja mama do dziś nie potrafi poradzić sobie z tym, jak K. traktowała ją w młodości. Zimna, egoistyczna, pełna strachu przed światem, despotyczna w ten ukryty, niewidoczny przy pierwszym spojrzeniu sposób.

Gdyby nie R. moja mama miałaby okropne życie. To dziadek stawiał się K., dawał dzieciom wolność i uczył życia. K. utrzymywała przy życiu.

Dziadek zmarł na zawał dawno temu, K. wciąż żyje i wciąż ma nad moją mamą jakąś władzę. Jest nieszczęśliwa, pogrążona w depresji, uwielbia psuć humor mojej mamie i wywoływać w niej poczucie winy.

Wiem, że K. była i jest nieszczęśliwa, bo wtedy poddała się presji i tradycyjnemu wychowaniu. Kobieta musi mieć męża, musi spłodzić dzieci. Do kochania nikt jej nie zmusi.

Nie cierpię tych tradycyjnych wartości. Oznaczają one życie według zasad, które w wielu przypadkach wykluczają szczęście.

Nie wiem, czy obrona przed wyimaginowanymi wrogami czy deprawacją która jest deprawacją tylko i wyłącznie jeśli wierzy się w te wartości jest warta życia z żalem i frustracją. Dla mnie nie.

Wolę żyć tak, by nie żałować zbyt dużo i by nie krzywdzić innych. Męża, dzieci czy obcych.

Podobno jestem zdeprawowana. Niech będzie.

Show your support

Clapping shows how much you appreciated Ewa Lalik’s story.