Monteskiusz o trójpodziale władzy i konieczności demokratycznego ograniczenia władzy sądowniczej

O zasadzie trójpodziału władzy zrobiło się u nas ostatnio głośno. Może warto w związku z tym sięgnąć do źródeł i ogarnąć temat Monteskiuszowego pomysłu w oryginalnym kontekście.
Źródłem na które należy się w tym wypadku powołać jest VI rodział XI księgi dzieła O duchu praw, które Charles Louis de Secondat, baron de La Brède et de Montesquieu opublikował w roku 1755 na sześc lat przed swoją śmiercią, a na trzydzieści cztery lata przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Rozdział ten nosi tytuł O ustroju Anglii i omawia się w nim różne możliwe sposoby, na jakie różne gałęzie władzy państwowej mogą się wzajemnie ograniczać. Monteskiusz wyróżnia tam dwa rodzaje władz: tę, której przywilejem jest stanowienie praw i tę, która ma owe prawa wykonywać. Tę ostatnią z kolei dzieli wedle rodzajów prawa podlegającego egzekucji, na władzę wykonującą prawo narodów (czyli władzę wykonawczą w sensie ścisłym), i władzę egzekwującą reguły prawa cywilnego (czyli władzę sądowniczą).
Oddzielenie od siebie tych trzech rodzajów uznaje Monteskiusz na kluczowe dla zachowania wolności politycznej, którą bardzo osobliwie definiuje jako:
[…] spokój ducha pochodzący z przeświadczenia, o własnym bezpieczeństwie
Aby zabezpieczyć tak pojętą wolność polityczną:
[…] trzeba rządu, przy którym by żaden obywatel nie potrzebował się lękać drugiego obywatela.
Właśnie na straży tak pojętej wolności stoi zasada trójpodziału władzy, którą przedstawia on następująco:
Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności; ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, i które będzie tyrańsko wykonywał.
Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela.
Wszystko byłoby stracone, gdyby jeden i ten sam człowiek lub jedno i to samo ciało możnych albo szlachty, albo ludu sprawowało owe trzy władze: tworzenie praw, wykonywanie publicznych postanowień oraz sądzenie zbrodni lub sporów między jednostkami.
Warto jednak zauważyć, w kontekście ostatnich niepokojów społecznych, że sam Monteskiusz dostrzegał niebezpieczeństwa, jakie rodzi zawłaszczenie władzy sądowniczej przez jeden stan czy też, jakbyśmy to my dzisiaj powiedzieli, kastę:
Władza sądowa nie powinna być powierzona stałemu senatorowi, ale wykonywana przez osoby powołane z ludu, w pewnych okresach roku, w sposób przepisany prawem, aby tworzyć trybunał trwający tylko poty, póki tego konieczność wymaga.
W ten sposób owa tak groźna władza sądowa nie będąc przywiązana ani do pewnego stanu, ani do pewnego zawodu, staje się, można rzec, niewidzialną i żadną. Nie ma się ustawicznie sędziów przed oczami: lęk budzi urząd, a nie urzędnicy.
Monteskiusz nie precyzuje tutaj w jaki sposób owo “powołanie z ludu” miałoby wyglądać. Trzeba się jednak domyślać, że nie miał tu na myśli ani kooptacji, ani wskazywania kandydatów przez prokuratora generalnego. Szukajmy najlepszego rozwiązania…
To tyle na dzisiaj!
Jeżeli te informacje były dla ciebie użyteczne, albo przynajmniej ciekawe, zasubskybuj nasz fanpage https://www.facebook.com/filozoficzneelementy
