O trudności podejmowania relacji

TW/CW: wspomnienie przemocy, wspomnienie końca świata, trauma

Swego czasu napisaliśmy esej o naszej samotności. O jej oswojeniu do pewnego stopnia, a jednak nigdy nie do końca. Dziś chcemy tę myśl poprowadzić dalej, przyjrzeć się jej pod kątem nie tylko naszej agenderowości, jak wtedy, a pod kątem naszych relacji z ludźmi, naszych potrzeb w tym aspekcie i tego w jakim stopniu są one spełnione.

Nigdy nie było nam łatwo nawiązywać przyjaźni. Z tak zwaną „rodziną”, w ogóle nie mieliśmy czegoś, co potrafilibyśmy nazwać relacją. Była tam jakaś sieć powiązań, ale nigdy nie było więzi — takiej prawdziwej, głębokiej, jaką czasem widujemy w relacjach rodzinnych naszych przyjaciół. I której im trochę zazdrościmy, jednocześnie ciesząc się ogromnie, że w ich relacjach te więzi istnieją. Sami jednak zawsze byliśmy tym dziwnym dzieciakiem, którego nikt nie lubił[1]. Dwa główne czynniki, które na to wpływały, to przemocowa rodzina i bycie na spektrum autyzmu, którego nikt nam nigdy nie zdiagnozował[2]. Sami zdaliśmy sobie z tego faktu sprawę dopiero w ciągu ostatniego roku, choć praktycznie od zawsze czuliśmy powiązanie z tym tematem. Na poziomie relacji oznacza to mniej więcej tyle, że ciężej nam je podejmować i choć sporo się nauczyliśmy w tej kwestii w ciągu trzech dekad naszego życia, nadal bywamy niezręcznym ziemniakiem. Zarazem też mamy pełną świadomość, że nie interesują nas relacje z przypadkowymi osobami, wobec których możemy albo milczeć, albo być zwyczajnie niemiłymi.

Nasza pierwsza faktyczna przyjaźń, a nie toksyczne coś, co tylko przyjaźń udawało, zaczęła się w gimnazjum i przetrwała całkiem długo. Dziś z G. nie mamy może bliskiego kontaktu, ale wciąż mamy się w znajomych na fejsie i wiemy, że gdybyśmy się spotkali, pewnie fajnie by się nam rozmawiało. Nasze drogi się rozeszły, jak to się zdarza, ale to była bardzo ważna relacja w naszym życiu. Pierwsza oznaka, że koledzy i koleżanki z klasy nie muszą być wobec nas dupkowaci. Pierwsza oznaka, że my potrafimy zawierać przyjaźnie. Jesteśmy więc za G. i za ten dzień, kiedy powiedziała, że nie chce się już nam psocić — i naprawdę miała to na myśli — wdzięczni.

Potem, w liceum spotkaliśmy całkiem okej ludzi, ale, poza jedną kumpelą, poznaną na studniówce, nie wynieśliśmy ze szkoły większych więzi. Byliśmy zbyt wycofani, zbyt na uboczu, dopiero uczący się, że nie musi być tak, że cała klasa nas nie znosi. Podobnie na studiach, miło wspominamy nasz rocznik, ale mimo że nasza pewność siebie w tym czasie znacznie wzrosła, to nie było dla nas zaskoczeniem, że po obronieniu magisterki nie utrzymujemy kontaktu z ludźmi z roku. To był też jednak okres, kiedy nasze poczucie samotności zaczęło zamierać, kiedy w pełni zrozumieliśmy, że potrafimy zawierać prawdziwie głębokie przyjaźnie i to w ilości większej niż jedna, dwie. Przez jakieś dwa lata, które zaczęły się krótko po maturze, czuliśmy, że nie, nie jesteśmy samotni i to było naprawdę cudowne uczucie. A choć później samotność wróciła, to tamte dwa lata pozostaną dla nas ważne.

Zaczęło się od tego, że w lokalnej bibliotece sięgnęliśmy po Terry’ego Pratchetta, a później trafiliśmy na światodyskowe forum. I gdy mogliśmy długie godziny spędzać na dyskusjach o naszej pierwszej tak głębokiej hiperfiksacji[3], nagle okazało się, że mamy przyjaciół. Część z tych przyjaźni pozostała z nami do dzisiaj, wszystkie ewoluowały, doszły też przyjaźnie z innych zakątków internetu, związanych z kolejnymi dziełami popkultury, które poznawaliśmy. Od tej pory nie tylko pochłanialiśmy fantastykę, ale też mogliśmy o niej rozmawiać z osobami, które obchodziło nasze zdanie i staliśmy się osobami współtworzącymi fanowskie społeczności. Dzięki prostemu zbiegowi okoliczności odkryliśmy naszą przybraną rodzinę, która pozwoliła nam rozwinąć się jako osobie, która nauczyła nas wielu lekcji życia, jakich nie mieliśmy szans wynieść z domu „rodzinnego”, dzięki której dziś jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Dzięki której rozumiemy siebie samych o wiele lepiej niż wtedy, gdy byliśmy sami i prawie sami. I nawet jeśli nie jest to idealne miejsce, jest ono o wiele lepsze niż to, w którym „bylibyśmy”, gdyby nie nasi przyjaciele.

Dzięki nim wiemy dziś, jak bardzo cenimy wokół siebie obecność innych. Mimo autyzmu i głębokiego introwertyzmu; mimo tego że lubimy naszą samotność, wiemy, że nie potrafimy na dłuższą metę funkcjonować bez bliskich wokół. Bliskich, czyli tych którzy troszczą się o nas, a nie mają na celu tylko nas wyśmiać i doprowadzić na skraj ataku paniki, jeśli nie dalej. Dlatego, choć bardzo potrzebowaliśmy w końcu znaleźć miejsce dla nas, z dala od toksycznych osób, tak ciężko było nam, gdy przeprowadziliśmy się do miasta, w którym nie znaliśmy nikogo, gdy wszystkie nasze przyjacielskie osoby mieszkają gdzie indziej. I dlatego o wiele lepiej funkcjonujemy w tym mieście, gdy poznaliśmy nowe osoby — może nie tak bliskie jak nasza przyszywana rodzina, ale osoby, z którymi lubimy spędzać czas i wspólnie działać. Osoby, które dają nam poczucie sprawczości, jakiego także nam w życiu potrzeba.

A jednak ciągle czegoś nam brak. Samotność wciąż w nas tkwi, niczym ta pierwsza przyjaciółka, i nie wiemy czy kiedykolwiek całkiem odejdzie. Wciąż czujemy się tym dziwacznym dzieciakiem, którego potrzeb nawet nasze osoby przyjacielskie nie do końca rozumieją. Po części także dlatego, że sami nie do końca je rozumieliśmy i dopiero niedawno zaczęliśmy do końca rozplątywać te potrzeby.

Jesteśmy osobą aromantyczną i aseksualną, co znaczy, że nie potrzeba nam w życiu romansu ani seksu, ale też raczej dość nietypową, z tego o czym się przekonujemy. Większość osób aroace, z którymi ostatnio mamy styczność bardziej skupia się na byciu aseksualnymi i to swoją aseksualność zdefiniowały, odkryły, zaakceptowały najpierw. U nas jednak było odwrotnie i tak jak seks jest po prostu czymś czego nam nie potrzeba, tak częściej we własnych rozmyślaniach wracamy do kwestii relacji i związków queerplatonicznych[4] i tego czy sami takiego byśmy chcieli czy nie. Z jednej strony nasza aromantyczność jest dość prosta. Z drugiej, gdy myślimy o qpr, pojawiają się w tej prostocie komplikacje.

Nawet gdybyśmy mogli zmienić naszą orientację romantyczną czy seksualną, nie zrobilibyśmy tego. Jest nam dobrze z tym kim jesteśmy i choć poznanie nazw na naszą orientację zajęło nam bardzo długo, a potem jeszcze trochę ich przyjęcie, to tak naprawdę nigdy nie przeszkadzało nam to, że nie mamy nikogo w sensie romantycznym i seksualnym. Zresztą nawet nasza wcześniejsza niepewność przed przyjęciem tych etykietek polegała na tym, że chcieliśmy je przyjąć, bo po prostu nas do siebie przyciągały, ale nie byliśmy pewni, czy nie wmawiamy sobie tylko, że one do nas pasują. Zastanawialiśmy się też oczywiście, czy kogoś kiedyś spotkamy, czego od kiedy wiemy, że jesteśmy aroace nie robimy. Zresztą, wszelkie bardziej realistyczne (nawet jeśli nieliczne) wizje heteronormatywnych związków romantycznych przyprawiały nas o stany lękowe. Świadomość naszej orientacji ucina je w zarodku.

Jednak, jak już napisaliśmy, potrzebujemy osób, które będą nam bliskie. W popkulturze funkcjonuje mit tej jednej najważniejszej przyjaźni w życiu i choć zdajemy sobie sprawę, że to tylko fikcyjna wizja, niekoniecznie zgodna z prawdą, to jest to wizja, która zawsze nas jakimś stopniu pociągała. Wizja czegoś niekoniecznie „więcej”, ale czegoś innego niż te przyjaźnie, jakie budujemy w naszym życiu.

W aromantyczności funkcjonuje coś takiego jak squish. Urban dictionary objaśnia to jako „platoniczny crush”, ale do nas to porównanie nie do końca przemawiało, jako wciąż trochę za bardzo przesączone romantycznością. O ile części osób na spektrum aromantyczności może taki podejście pasować, nas przyprawia ono o poczucie dyskomfortu. Bliżej nam do dalszego objaśnienia, które mówi, że squish to poczucie, że kogoś lubisz i chcesz być blisko z tą osobą, ale nie w romantyczny sposób. Długo jednak wmawialiśmy sobie, że nie miewamy squishy, jakby to było coś trochę wstydliwego, ale szczerze? Owszem, miewamy je. Tyle że do tej pory towarzyszyło im poczucie, że druga strona nawet jeśli bardzo nas lubi, nawet, gdy wiemy, że jest między nami przyjacielska miłość i zbudowaliśmy silną więź, nie odwzajemnia tego konkretnego poczucia. Że tak bardzo jak jesteśmy przyjaciółmi, oni mają kogoś kto jest dla nich ważniejszy niż my. Czy to na poziomie przyjaźni, czy romantycznie. Że jak mocnej nie zbudowalibyśmy więzi, nie ma szans na to, że to co dla nas jest najsilniejszą więzią w naszym życiu będzie tak samo najsilniejszą więzią w życiu tej drugiej osoby.

Ale nie chodzi nam też o to, żeby przyjaźnie, które mamy ulegały zmianom, że są dla nas jakoś złe. Bardziej, mamy poczucie, że po prostu nie zdarzy się już nam taka przyjaźń, w której druga strona będzie czuć podobnie jak my. Jako osobę aromantyczną peszy nas też sama myśl, że ktoś mógłby się w nas zakochać, ale dziwna jest świadomość, że jeśli chodzi o osoby, które lubimy, nikt nigdy nie próbował z nami flirtować, nikt nigdy nie powiedział nam, że się w nas zakochał. I z jednej strony to jest dla nas spora ulga, bo takie próby czy wyznania były dla nas bardzo niezręczne, dziwne, pewnie rozbudziłyby stany lękowe. I jakoś zmieniłyby te przyjaźnie, w nieprzewidywalny i być może negatywny sposób. Ale z drugiej strony, każe nam się to zastanawiać jak postrzegają nas nasi znajomi. Czy po porostu wiedzą, że jako osoba aroace nie chcemy żadnych „zalotów”, czy też jesteśmy typem osoby, którą można lubić, ale jesteśmy zbyt dziwni i nieprzyjemni by było możliwe by ktokolwiek, kto nas faktycznie zna, poczuł cokolwiek innego?

Do tego dochodzi kwestia samych qpr, czyli, w skrócie, związków długofalowych, w których przynajmniej jedna strona jest aromantyczna i/albo aseksualna. Od kiedy usłyszeliśmy o tym, że coś takiego istnieje, bardzo spodobała nam się ta idea, zarazem jednak nie potrafiliśmy do końca zdecydować, czy sami chcielibyśmy być w takim związku czy nie. Jeszcze niedawno nasza odpowiedź sprowadzała się do: tak, nie, nie wiemy, może. Dziś mamy jaśniejszą odpowiedź na to pytanie — choć wciąż dość skomplikowaną — ale najpierw musimy wyjaśnić czym konkretniej jest qpr, bo ten termin wciąż często spotyka się z niezrozumieniem ze strony osób allo[5] i zostawienie go w skrótowym tylko objaśnieniu wielu osobom pewnie tylko namiesza.

Jak napisaliśmy qpr, to związek długofalowy. Nie jest to po prostu silna przyjaźń, bo z osobą, z którą się zwyczajnie przyjaźnisz nie będziesz prowadzić wspólnego gospodarstwa domowego, włączając w to takie rzeczy jak posiadanie wspólnego kota, potomstwa czy samochodu, może nawet spanie w jednym łóżku[6], a jeśli pozwoli na to prawo twojego kraju, to także odprowadzania podatków i innych wspólnotowych kwestii, gwarantowanych np. przez ustawę o związkach partnerskich.

To jak to queerowe marzenie o wspólnej komunie, gdzieś pośród lasów, tyle że brane na serio, nie jako po prostu marzenie, a konkretny plan, który wprowadza się w życie. Sami, tak jak pisaliśmy na początku, mamy potrzebę mieć wokół siebie bliskie nam osoby. Przez ponad dwie dekady żyliśmy w domu pełnym ludzi i, mimo wszystko, została w nas potrzeba posiadania innych wokół. Tj., dobrych, przyjaznych nam, innych, a nie po prostu kogoś, z kim w najlepszym wypadku będziemy się mijać z krótkim „cześć” na ustach.

Zbudowanie queerplatonicznego związku nie byłoby dla nas jednak łatwe. Przede wszystkim dlatego, że sami jesteśmy raczej trudną i dość niezręczną w relacjach międzyludzkich osobą, która jednocześnie potrzebuje innych i ceni sobie swoją samowystarczalność. Qpr zaś wymagałby wypracowania zasad i granic, które być może by nas przerosło. Musiałby też powstać na zrodzonej w naturalny sposób przyjaźni, a mamy poczucie, że wszystkie głębsze przyjaźnie w naszym życiu już powstały i dawno ustaliły swoje ramy i, że znamy już tyle osób, że cokolwiek więcej byłoby nie aż tak istotne, jak przyjaźnie, które już mamy. Ale, mimo wszystkich naszych wątpliwości, mamy potrzebę relacji, w której jeśli ktoś mógłby czuć się piątym kołem u wozu, to nie bylibyśmy to my.

To się może wydarzy, a może nie. I może nie ma większego znaczenia, skoro i tak wszyscy umrzemy w męczarniach w przeciągu kilku najbliższych dekad. Ale czasami odnosimy wrażenie, że nawet nasi przyjaciele wiedząc o naszej aromantyczności i aseksualności postrzegają nas jako osobę, której samotność, z przyjaźniami na odległość, wystarcza. A to nie jest prawda.

[1] Nauczyciele się nie liczą. Tym bardziej, że ich lubienie nie przełożyło się na konkretną pomoc z chujowym otoczeniem.

[2] To ostatnie może się zmieni. Kiedyś. Niemniej nawet jeśli, to będzie to długa i trudna droga, jako że jesteśmy niecismęską osobą niebinarną, więc dla świata naukowo zajmującego się badaniem i diagnozowaniem wszelkiego rodzaju schorzeń mentalnych praktycznie nie istniejemy.

[3] Moglibyśmy tu wliczyć też ogólniejszą fiksacji na czytaniu jako takim, towarzyszącą nam od piątego-szóstego roku życia, ale to była dość samotnicza fiksacja, której większość naszego otoczenia zupełnie nie rozumiała.

[4] W skrócie qpr.

[5] Czyli osób nie aromantycznych i/lub nie aseksualnych.

[6] To akurat zależy od potrzeb konkretnych osób. My np. na co dzień wolimy mieć łóżko (w osobnym pokoju) tylko dla siebie.

--

--

--

Nonbinary, aromantic, asexual writer and essayist from Poland. Pronouns: they/them, we/us, he/him. Twitter: @ripplesofcosmos

Love podcasts or audiobooks? Learn on the go with our new app.

Get the Medium app

A button that says 'Download on the App Store', and if clicked it will lead you to the iOS App store
A button that says 'Get it on, Google Play', and if clicked it will lead you to the Google Play store
Ginny Nawrocka

Ginny Nawrocka

Nonbinary, aromantic, asexual writer and essayist from Poland. Pronouns: they/them, we/us, he/him. Twitter: @ripplesofcosmos

More from Medium

ENFP? You Came To The Right Place

My Ego Is Broken But The Future Is Here — Meditations On College Rejection(s)

Individualism, love: likeness

Everyone is a character on this date