Wygrać drugą szansę

To jest zapis mojego wystąpienia na wydarzeniu Patterns organizowanego w Warszawie w The Brain Embassy.


W 2012 roku helikopter ratowniczy zabrał mnie z gór Tahoe w Kalifornii do szpitala specjalizującego się w leczeniu krytycznych przypadków. Po kilku godzinach spędzonych w rezonansie i tomografie dostałem diagnozę:

Bilateral mandibular fracture
Le Forte I facial fracture
Basilar skull fracture
Right ulnar styloid process
Left pisiform fracture
Bilateral maxillary sinus fracture

Nie rozumiałem tych terminów, ale dostałem też bardziej potoczny opis po angielsku. Luźne tłumaczenie tego opisu na polski to:

Złamana żuchwa w czterech miejscach
Złamany lewy i prawy nadgarstek
Pęknięta podstawa czaszki z krwotokiem wewnętrznym
Złamany staw szczękowy
Kilka złamanych zębów

Dzisiaj stojąc przed Wami, nie zorientowalibyście się, że miałem tak ciężki wypadek. To zasługa cudu nowoczesnej medycyny i niestrudzonemu poszukiwaniu rozwiązań nawet w najciemniejszych momentach. Powrót do zdrowia kosztował mnie kilka operacji, ponad 800 godzin rehabilitacji rozłożonych na 210 wizyt w szpitalu. Kolejne 1000 godzin spędziłem na ćwiczeniach w samotności. Dokonałem rzeczy niemal niemożliwej: wróciłem do rewelacyjnej sprawności pomimo tego, że nawet lekarze sugerowali mi, że mam nierealne oczekiwania. Chciałbym dzisiaj opowiedzieć o tym co zrobić, gdy czujesz, że Twoje życie zamieniło się w koszmar na który nie zasługujesz.

Zanim podzielę się moimi odkryciami, opowiem Wam jak doszło do mojego wypadku. Moją pasją jest programowanie i nowoczesne technologie. Od wielu lat moim marzeniem była przeprowadzka do Kalifornii, do Doliny Krzemowej. Chciałem spróbować dołączyć do klubu niesamowitych przedsiębiorców z Doliny, którzy zbudowali ikony firm technologicznych. Gdy dostałem propozycję aby budować startup w San Francisco i pracować nad komercjalizacją innowacyjnego projektu naukowego, niemal tańczyłem ze szczęścia. To była moja pierwsza praca po studiach. Fascynowała mnie ambicja naszych planów i moja odpowiedzialność — młodego chłopaka bez doświadczenia. Pierwsze miesiące w San Francisco spędziłem na ciężkiej pracy i ekspresowej nauce.

Sport był jedną z niewielu aktywności, która mogła mnie wytrącić z rytmu pracoholika. Gdy znajomi zaproponowali mi weekendowy wyjazd na narty, dołączyłem do nich z entuzjazmem. Niestety ten wypad nie był dla mnie szczęśliwy. Pomimo tego, że jestem dobrym narciarzem, tamtego dnia w ogóle nie powinienem był wchodzić na stok. Źle się czułem, najprawdopodobniej od zatrucia pokarmowego. Przy drugim zjeździe zakręciło mi się w głowie, straciłem panowanie nad nartami i uderzyłem w sekwoję rosnącą przy stoku. Mój wypadek wyglądał bardzo źle. Niemal natychmiast zostałem zabrany helikopterem ratowniczym do szpitala specjalizującego się w leczeniu ciężkich urazów. Diagnozę już poznaliście. Dalej opowiem Wam trzy historie moich zmagań i odkryć.

Samooszukiwanie

Chciałbym zacząć od opowiedzenia dlaczego samooszukiwanie się jest ważne. Mam na myśli produktywną ułudę, a nie destrukcyjne urojenia. Kilka miesięcy po wypadku wróciłem do Warszawy z przekonaniem, że najgorsze mam za sobą. Badania rezonansem pokazały, że mam uraz w nadgarstku i kolanie. Uraz chrząstki w nadgarstku był konsekwencją uderzenia w drzewo. Dowiedziałem się o nim dopiero po pół roku ze względu na błędną diagnozę w Stanach. Uraz kolana wynikał ze zbyt agresywnej próby powrotu do biegania po wypadku.

Miałem przed sobą dwie kolejne operacyjne i rok gojenia wrażliwych tkanek. To była dla mnie przykra niespodzianka.

Jako pierwsze miałem zoperowane kolano. Dwa tygodnie później zacząłem chodzić do szpitala na rehabilitację. Była zima. Wstawałem wcześnie rano, opierając się o kulach i ślizgając się po oblodzonych chodnikach, ale z szerokim uśmiechem, szedłem na przystanek autobusowy i jechałem do szpitala. Zawsze wchodziłem do budynku w doskonałym humorze, żartując z obsługą na recepcji i innymi pacjentami. Zachowywałem się jakbym pewnie szedł na galę rozdania Oskarów i jakbym ćwiczył luz przed moją statuetkową przemową. W rzeczywistości wchodziłem do szatni gdzie musiałem paranoicznie uważać na kolano podczas przebierania się. Jeden fałszywy ruch bez ochronnej ortezy mógł zniszczyć świeżo zoperowaną chrząstkę i na zawsze pogrzebać nadzieje na powrót do zdrowia. W czasie rehabilitacji traktowałem nużące ćwiczenia jak zabawę. Obiektywnie patrząc miałem bardzo mało powodów do zadowolenia. Wiedziałem, że muszę zapomnieć o moich marzeniach osiągania życiowych szczytów gdy wchodzenie po schodach sprawia mi trudności. Skąd więc optymizm? To jest ten moment, kiedy możecie zacząć się zastanawiać czy ciężki wypadek nie wywołał u mnie problemów psychicznych. Chodziło jednak o coś zupełnie innego.

Po przeprowadzce z San Francisco do Warszawy najbardziej uderzyła mnie różnica w poziomie nastroju ludzi. Oczywiście w jednym i drugim miejscu można znaleźć ludzi nieszczęśliwych albo bardzo szczęśliwych. Ale w Warszawie miałem wrażenie, że dominuje pesymizm. Nie byłem zachwycony z powodu tej zmiany nastroju. Jednak zamiast narzekać postanowiłem, że zaprotestuję. Za formę demonstracji przyjąłem przekornie wysoki poziom optymizmu, prezentowany wszystkim naokoło. Demonstrowałem go również w czasie rehabilitacji. Udawałem na tyle dobrze, że ludzie uwierzyli mi. Jednak najciekawsze odkrycie nastąpiło później. Po paru tygodniach zauważyłem, że ja sam uwierzyłem, że jestem w lepszym nastroju niż wskazywałaby na to “obiektywna” ocena sytuacji. Wymuszony optymizm pozwolił mi ćwiczyć intensywniej i w większym skupieniu. Moja rehabilitantka pracowała ze mną z odrobinę większym zaangażowaniem bo nie musiała się zmagać z żalem jak u innych pacjentów.

Facial feedback hypothesis

Moje zwiększone skupienie i mocniejsze zaangażowanie mojej rehabilitantki przynosiło ponadstandardowe rezultaty. Po raz pierwszy od miesięcy stworzyłem sobie powody do odczuwania satysfakcji. I w rezultacie już nie musiałem udawać — po prostu realnie czułem się lepiej. Co sprawiło, że jeszcze bardziej przykładałem się do rehabilitacji. Dużo później dowiedziałem się, że pozytywne samooszukiwanie się jest fundamentem psychoterapii behawioralnej. Jedna ze znanych hipotez w tej dziedzinie mówi, że wymuszony uśmiech, na przykład za pomocą długopisu trzymanego w ustach, powoduje poprawę doświadczanych emocji w naszym mózgu. Zawsze byłem przekonany, że uśmiech na twarzy to wyraz odczuwanych emocji. Ku mojemu zaskoczeniu, okazuje się, że może też być odwrotnie. Odkryłem wtedy, że samooszukiwanie się może być mocnym narzędziem motywującym i czyniącym życie odrobinę łatwiejszym.

Długa perspektywa

Moja druga historia jest o długiej perspektywie ułatwiającej podejmowanie trudnych życiowych decyzji. Po roku spędzonym na rehabilitacji mój postęp w odzyskiwaniu sprawności w nadgarstku zatrzymał się. Od około dwóch miesięcy nie widziałem niemal żadnej poprawy. Wyglądało to tak:

Tutaj pokazuję ograniczoną rotację nadgarstka

Wiedziałem, że grozi mi permanentny uraz i spore kłopoty w życiu. Na przykład, nie byłbym w stanie pisać na klawiaturze albo trzymać sztućców w naturalny sposób. Zacząłem od pytania mojej rehabilitantki Małgosi “co dalej?”. Widziałem jej zrezygnowanie i czułem, że ona nie chce powiedzieć mi wprost, że to koniec. Zrobiliśmy ile się dało. Ja sam byłem niesamowicie zmęczony ciągłą rehabilitacją i brak rezultatów mnie deprymował. Pracowałem w tym czasie na pełen etat co w połączeniu z 6 godzinami spędzonymi na rehabilitacji i dojeździe do szpitala, oznaczało, że moje życie kręciło się wokół dwóch tematów: rehabilitacji i pracy. I tak przez ponad rok. Wtedy zacząłem rozważać realnie odejście z pracy i skupienie się wyłącznie na rehabilitacji. Nie wiedziałem jednak czy to przyniesie jakiekolwiek rezultaty i czy jest dobrym pomysłem.

Poszedłem na konsultację do jednego z lepszych chirurgów od nadgarstka w Europie, który wcześniej mnie zoperował. Był bardzo prostolinijny. Powiedział “masz jeden z najtrudniejszych urazów nadgarstka do leczenia. To co się udało dotychczas osiągnąć należy uważać za sukces. Nic więcej już nie uzyskamy”. Wtedy podzieliłem się moim pomysłem, że chcę odejść z pracy i rehabilitować się na pełen etat aż skończą mi się pieniądze. Wyjaśniłem, że z oszczędności jakie mam jestem w stanie płacić za rehabilitację i utrzymać się przez około 10–11 miesięcy. W rzeczywistości moje wyliczenia dawały mi 20 miesięcy. Długie leczenie z wieloma przykrymi niespodziankami nauczyło mnie paranoicznego podejścia do planowania i podwajania szacowanych kosztów.

Po chwili namysłu, chirurg powiedział “doceniam determinację, ale nie sądzę, że to dobry pomysł. Wyda Pan całe swoje oszczędności na coś co nie przyniesie rezultatów. Zdecydowanie odradzam. Musi się Pan pogodzić ze swoim urazem.”

Podjęcie decyzji zajęło mi parę tygodni. Byłem zupełnie zagubiony. Zmęczony teraźniejszością, zacząłem wyobrażać siebie za 10 lat patrzącego wstecz na ten trudny moment. Zauważyłem, że są trzy możliwe scenariusze przyszłości dla mnie:

  • kończę rehabilitację i godzę się z urazem do końca życia
  • rzucam pracę, poświęcam się rehabilitacji i przepalam wszystkie swoje oszczędności nie poprawiając swojego zdrowia
  • rzucam pracę, poświęcam się rehabilitacji i udaje mi się znacząco poprawić swoje zdrowie przed tym jak skończą mi się pieniądze

Myślałem wtedy tak: “pierwsza przyszłość jest pewna jeśli nic nie zrobię. A co z dwoma kolejnymi możliwościami gdy rzucę pracę i poświęcę się rehabilitacji? Jakie są szanse powodzenia?” Nie wiedziałem jak mam oszacować prawdopodobieństwo sukcesu. Mój lekarz sugerował, że szansa na sukces jest właściwie bliska zera. Jak w takiej sytuacji podjąć decyzję?

Wtedy przypomniałem sobie cytat z książki biznesowej “The Hard Thing About Hard Things”, którą czytałem w tamtym czasie:

Startup CEOs should not play the odds. When you are building a company, you must believe there is an answer and you cannot pay attention to your odds of finding it. You just have to find it. It matters not whether your chances are nine in ten or one in a thousand; your task is the same. — Ben Horowitz

Chciałbym tutaj na chwilę odejść od głównego tematu i powiedzieć kilka słów na temat tej książki. Książka Bena Horowitza jest powodem dla którego dzisiaj przed Wami występuję. Ben Horowitz napisał książkę biznesową inną niż wszystkie. We wstępie Ben pisze, że jest to książka o tym co zrobić gdy spróbowałeś 10 kroków do sukcesu i nic nie działa. Pomimo tego, że jest to książka biznesowa, dla mnie to było najważniejsze źródło inspiracji do poszukiwania niestandardowych rozwiązań w trudnych chwilach. Moje wystąpienie dzisiaj to spłacanie długu wobec ludzi takich jak Ben Horowitz, którzy dzielą się ciężko wypracowanymi lekcjami.

Wracając do mojej decyzji. Cytat z Bena Horowitza uświadomił mi, że próba szacowania prawdopodobieństwa sukcesu jest pozbawiona sensu. To czego szukałem to przekonanie. Chciałem mieć pewność, że decyzja, którą podejmę jest słuszna i przetrwa próbę czasu. Wtedy wróciłem do wyobrażania siebie za 10 lat, patrzącego wstecz na moją sytuację. I zrozumiałem, że to absolutnie muszę uniknąć pytania “A co by było gdyby?”. To jest pytanie, które dręczyło by mnie do końca życia, za każdym razem gdy czułbym ból w nadgarstku albo nie mógłbym uprawiać sportów. I nigdy nie dowiedziałbym się by się wydarzyło gdybym w przeszłości spróbował mocniej powalczyć o siebie. Zrozumiałem, że odejście z pracy i pełne poświęcenie się rehabilitacji jest właściwym wyborem. To był jedyny sposób, żeby uniknąć żalu i najgorszego z pytań w życiu: “A co by było gdyby?”.

Pełne poświęcenie się rehabilitacji przyniosło efekty. Dzięki całkowitemu zrezygnowaniu z używania komputera i znacznie intensywniejszej i precyzyjniejszej rehabilitacji udało mi się odzyskać pełną sprawność nadgarstka. To jest mój ogromny sukces, którego zupełnie się nie spodziewałem.

Wyimaginowana podróż do przyszłości daje jedną mocną korzyść: klarowność. Jestem pewien, że jeśli poprosiłbym Was teraz o przywołanie sobie wspomnień wielkich osobistych problemów z czasów gdy byliście nastolatkami to na Waszych twarzach pojawiłby się uśmiech. Dlaczego? To co wydaje się katastrofą w wieku 16 lat jest zabawnym wspomnieniem dekadę później. Podobnie działa podróż w przyszłość: daje pomniejszająca soczewkę przez którą widać tylko duże, istotne problemy warte rozwiązywania. To ma szczególne znaczenie w trudnych czasach gdy ludzka psychologia wpycha nas w rozpamiętywanie najmniejszych porażek czy ograniczeń.

Wzrost wykładniczy

Moim trzecim odkryciem jest zapożyczenie idei biznesowej opisanej przez Paula Grahama — twórcę najbardziej prestiżowego akceleratora startupowego na świecie. Po kilku tygodniach od złożenia wypowiedzenia o pracę zorientowałem się, że luka pomiędzy moim obecnym stanem zdrowia, a moim marzeniem była tak duża, że nie mogłem liczyć tylko na łut szczęścia. Moje ciało ledwo znosiło 2km biegu czy 20km przejechane rowerem. Moim celem był powrót do formy sprzed wypadku, kiedy regularnie robiłem 150km wypady na rowerze. Przypadkowo natrafiłem na esej Paula Grahama “Startup = Growth”. Graham pisze o redukcji skomplikowanego problemu budowania innowacyjnych ikon wśród firm technologicznych do jednego zadania: utrzymania stałego, procentowego wzrostu. Według Grahama, dobrym celem jest utrzymanie 7% procentu tygodniowego wzrostu przychodów albo liczby użytkowników. Takie tempo daje skumulowany roczny wzrost na poziomie 33 razy czyli ogromny sukces. Pomyślałem, że to jest czego potrzebuję.

Stały procentowy wzrost matematycznie jest opisany przez funkcję wykładniczą. To ta sama funkcja, która odpowiada za viral content, rozprzestrzenianie się epidemii, efekt kuli śnieżnej czy majątek Warrena Buffeta, najbogatszego człowieka świata. Albert Einstein nazwał procent składany ósmym cudem świata:

Compound interest is the eighth wonder of the world. He who understands it, earns it … he who doesn’t … pays it. — Albert Einstein

Mając wykształcenie matematyczne doskonale rozumiałem siłę tego efektu. Zacząłem się zastanawiać czy mógłbym potraktować moje leczenie jak budowanie startupu. Czy mógłbym zwiększać dystans przejechany rowerem o magiczne, ale stałe 7% tygodniowo. Gdy zaczynasz z pułapu 30km, 7% wzrost oznacza 2.1km przejechane więcej podczas treningów w danym tygodniu. Na rowerze jest to dystans ledwie odczuwalny. Nie widziałem powodu dla, którego utrzymanie procentowego wzrostu nie miałoby działać.

Po nabraniu przekonania do mojego pomysłu, zabrałem się do treningów według nowego planu. Jeden wykres funkcji wykładniczej dodał mi ogromną ilość energii i chęci działania. Nie chodziło tylko o to, że miałem przewidywalną ścieżkę prowadzącą do ambitnego celu. Chodziło też o to, że czułem, że robię coś kreatywnego i intelektualnie bardzo stymulującego: kradnę ideę ze świata biznesu i próbuję ją zastosować w kontekście własnej rehabilitacji. Nie byłem pewien czy to zadziała, ale czułem, że jeśli to się uda to odkryję dla siebie mocny sekret, który będę mógł stosować przez całe życie.

Starałem się trzymać mojego treningowego reżimu jak najbardziej precyzyjnie potrafiłem. Kilka razy popełniłem błąd. Zamiast cierpliwie zwiększać obciążenie 7% tygodniowo, próbowałem przyspieszyć gdy dobrze się czułem. W rezultacie przeciążałem swoje tkanki i miałem przestoje w treningu. To były niezwykle frustrujące momenty. Jednak za każdym razem wracałem do oryginalnego planu. Po 20 tygodniach czyli 5 miesiącach po tym jak zacząłem trening, 7% przyrosty skumulowały się do niemal czterokrotnego wzrostu dystansu jaki przejeżdżałem. Startując z 30km, po 5 miesiącach osiągnąłem dystans 116km.

Po 20 tygodniach treningu czułem, że jestem gotowy zrealizować mój cel: pojechać rowerem do moich rodziców, którzy mieszkają na Podlasiu, 130km od Warszawy. Zbliżała się końcówka lata, więc musiałem się spieszyć z moją próbą. Czułem, że reżim, który sobie narzuciłem pozwolił mi zbudować odpowiedni margines i przeskok ze 116km do 130km jest w moim zasięgu. Gdy tylko prognoza pogody okazała się być sprzyjająca, wstałem rano i zacząłem się przygotowywać do mojego finalnego przejazdu. Umyłem bardzo dokładnie rower. Nie chodziło tylko o to, żeby był czysty i przy okazji sprawdzony pod kątem jakichkolwiek awarii. Ten dzień był dla mnie bardzo specjalny. Czekałem na niego ponad dwa lata. Zajęcie się moim rowerem było formą medytacji i rytuału. Przed ruszeniem w trasę napisałem na Twitterze:

I po 5 godzinach i 30 minutach znowu napisałem na Twitterze:

To był jeden z najszczęśliwszych momentów w moim życiu. Mój nadgarstek był już w bardzo dobrym stanie. Pomimo ciężkiego leczenia kolana, które kompletnie zrujnowało mi moją kondycję udało mi się dokonać czegoś co wydawało się niemożliwe. Przeszedłem drogę od łapania zadyszki po kilometrze biegu na bieżni w sali rehabilitacyjnej do osiągnięcia formy, której większość ludzi bez historii wypadkowej nigdy nie osiąga.


Poprzez trzy historie opowiedziałem Wam o sekretach, które odkryłem zmagając się z bolesną rehabilitacją i trudnymi życiowymi wyborami. Lekcje, które wyciągnąłem zostaną ze mną na długo. Gdy zastanawiam się jak je przenieść na inne sytuacje, myślę o nich w ten sposób.

Samooszukiwanie się działa pozytywnie na motywację. Na przykład jeśli chcesz nauczyć się dobrze pisać bloga, warto na początku wmówić sobie, że wcale nie jest się tak słabym w pisaniu. To pozwala przełamać naturalne bariery przed robieniem czegoś nowego. Samooszukiwanie się jest szczególnie pomocne perfekcjonistom.

Długa perspektywa pozwala nabrać przekonania do wyboru nieoczywistego kroku, w trudnej sytuacji, który czasem jest potrzebny. Gdyby sukces opierał się na tylko oczywistych krokach to każdy byłby milionerem, genialnym muzykiem czy sportowcem światowej klasy.

Wreszcie matematyczne intuicje związane z funkcją wykładniczą pozwalają lepiej kontrolować własną psychologię. Zrozumienie, że wykładniczy wzrost daje genialne rezultaty, ale wolno się rozpędza, pozwala opanować niecierpliwość związaną z brakiem efektów na początku. Zrozumienie funkcji wykładniczej pozwala wprowadzić dyscyplinę i rutynę dużo przed tym jak widać efekty naszych działań.

Dziękuję za uwagę.


Dziękuję Tomkowi Cichockiego za pomoc w przygotowaniach mojego wystąpienia i organizatorom Patterns za zaproszenie.