Dzień 1, Rzym c.d.

B&B o nazwie Casa Del Sole niedaleko od lotniska można spokojnie polecić ale tylko żeby się przespać i rano wyjechać bo okolica mocno średnia. Właściciel niewiele (no w sumie nic) mówi po angielsku ale cena jest bardzo przystępna, pokój fajny no i ma klimę.

Po zrzuceniu bagaży poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Generalnie okolica wygląda na mocno opuszczoną wieć nadzieja na znalezienie czegoś fajnego słaba.

Ku naszemu zdziwieniu udało nam się znaleźć nawet fajną knajpę. Ceny na karcie przed lokalem wyglądały sążyście więc pomysł był taki żeby wejść, zapytać ile kosztuje pizza (której nie było na menu) i, jeżeli będzie za dużo, wyjść. O skuteczności kelnera (albo naszym zmęczeniu) dużo mówi to, że po 4 minutach od wejścia nie wiedzieliśmy ile kosztuje pizza ale siedzieliśmy przy stoliku czekając na podanie zestawu (?) o tajemniczej nazwie “suprise menu light” i nieznanej cenie :D Generalnie za tekstem z The Big Bang Theory — “he played us like a violin” :P

Zamawiając ten tajemniczy zestaw kelner zapytał “fish ok?”. “Mintaja bym nawet zjadł” pomyślałem i powiedziałem ok. Jak się okazało kelner mówiąc “fish” miał na myśli “seafood” czyli całe pozostałe morskie tałatajstwo które trzeba na prawdę świetnie przyrządzić żeby było w ogóle jadalne. To na szczęście było ale ledwo.

Po pierwszym porządnym posiłku od czasu rozpoczęcia podróżny spokojnie sobie zemdleliśmy w pokoju :)

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.