John Green — The Fault in Our Stars

Na początku rozprawmy się z Johnem Greenem, literackim gwiazdorem mediów społecznościowych, który po większym zastanowieniu przypomina mi trochę Hanka Moody’ego (a przynajmniej kogoś o takim potencjale; zobaczycie, za parę lat zaskoczy wszystkich i zamiast kolejnej, łzawej powieści young adult wyda pikantną erotykę dla metrykalnie dojrzałych facetów).

Jedno wyjaśnijmy sobie od razu: Green umie pisać. Może jest trochę manieryczny, może po prostu ma dobrych redaktorów, ale przynajmniej w oryginale trafiają się zdania, które warto zaznaczyć na Kindlu. Niestety, przy tym wszystkim jest też pretensjonalnym efekciarzem, który całą powieść upstrzył filozoficznymi mądrościami przybranymi dla niepoznaki w nonszalanancki styl. Te mądrości znajdą pewnie podatny grunt wśród nastolatków, bo do nich w końcu skierowana jest książka, i to w pewnym stopniu ją ratuje, ale człowiek w wieku 26+ powinien już się uodpornić na tego rodzaju papkę.

Niemniej podczas lektury zastanawiałem się nad fenomenem young adult. Jest to bodaj pierwsza książka tego typu, którą przeczytałem, ale jeśli to godny reprezentant gatunku, i tak miałaby wyglądać literatura dla dorastającej młodzieży, to chyba gdzieś po drodze coś poszło nie tak. Kiedy ja czytałem książki, pacholęciem będąc, autorstwa na przykład Woroszylskiego czy Niziurskiego, to główny nacisk padał w nich na przygodę. Tutaj mamy do czynienia właściwie tylko z zarzewiem fabuły (dziewczyna chora na raka poznaje chłopaka chorego na raka, nawiązuje się romans, próbują być ze sobą mimo przeciwności losu) i mnóstwem, mnóstwem pobocznych uwag na temat sensu życia. A jeśli na dodatek jest się w takiej nieszczęśliwej sytuacji jak ja, czyli zna się główny plot twist jeszcze przed rozpoczęciem czytania, to nic nie jest w stanie czytelnika zaskoczyć — bo to właściwie jedyny zwrot akcji.

Mimo to daję aż dwie gwiazdki (czyli: było w miarę). Na pewno nie jest ujmą dla honoru taką książkę czytać, i może nawet podniesie ona na duchu niektórych zagubionych nastolatków. Ale ja na ich miejscu i tak wybrałbym “Sposób na Alcybiadesa”.

Originally published at dybbook.booklikes.com.

One clap, two clap, three clap, forty?

By clapping more or less, you can signal to us which stories really stand out.