Tyrania efektywności

Zbierałem się do napisania tego krótkiego tekstu od dłuższego czasu. Pracując jako konsultant biznesowy miałem bowiem dość często do czynienia ze zjawiskiem, które stało się tytułem tej notki. Efektywność to towar, którego większość pożąda i nigdy nie ma dosyć ;) Efektywne musi być gospodarowanie czasem i pieniędzmi. Efektywne muszą być spotkania biznesowe i prywatne. Można by rzec, że efektywność to kamień filozoficzny współczesnej cywilizacji. Ludzie poświęcają mnóstwo czasu na to, aby poprawić swoją efektywność. Zdecydowana większość wszelkiej maści kursów i szkoleń temu właśnie ma służyć.

Wyobraź sobie, że mantra efektywności znika. Co się wówczas dzieje?

Z pewnością w gruzy popada cywilizacyjny model, w który jesteśmy wtłoczeni. System, w którym funkcjonujemy instruuje nas, że wszystko jest po coś, że zawsze musi być jakiś cel. Czy jednak istotnie tak jest? Być może jest to stek bzdur, kłamstwo, które poprzez miliony powtórzeń zostało uznane za oczywistą prawdę. Nie jest moim zamiarem kreowanie idei, że efektywność to coś kompletnie absurdalnego. Chcę jednak zwrócić uwagę, że poruszanie się na tej fali i traktowanie jej jako czegoś absolutnie koniecznego, prowadzi do egzystencjalnego niewolnictwa i wyniszcza prawdziwą ludzką kreatywność. Ta płynie bowiem z potrzeby serca, a nie z chęci podkręcania wyników.

Być może czasem sednem staje się droga a nie cel

To, że wszystko musi mieć swój cel, jest jednym z najsilniejszym przekazów w naszej kulturze. Jesteśmy o tym instruowani od wczesnego dzieciństwa, aż po grobową deskę. Uczysz się, żeby w przyszłości mieć pracę. Pracujesz, aby mieć na bieżące rachunki, przyjemności i zabezpieczenie dalszej przyszłości. Przykłady tego sposobu rozumowania można mnożyć.

Pamiętam, jak swego czasu ktoś zapytał mnie, w jakim celu fotografuję. Odparłem, że w zasadzie w żadnym. Po prostu to lubię, więc czasem to robię, to wszystko. Ta odpowiedź wywołała u mojego rozmówcy spore zdziwienie. Jak można robić coś bez celu? W moim przypadku życie tak się potoczyło, że w pewnym momencie pojawiły się sesje komercyjne. Gdy zaczęła się moja przygoda z tą dziedziną sztuki, nie miałem jednak takiego zamiaru. Po prostu podążałem ścieżką, na której niczego nie wyznaczałem. Na tyle jednak mnie ona wciągnęła, że poświęcałem jej sporo czasu a zdobywanie nowej wiedzy i doświadczeń okazało się po prostu budującym doświadczeniem i tak jest po dziś dzień.