#Top5 Kwiecień ’18 | Recenzje

1. “CICHE MIEJSCE” (reż. John Krasinski)

Jan Kapturkiewicz
May 8, 2018 · 6 min read

Współczesne kino mainstreamowe cierpi na syndrom ciągłego tłumaczenia widzom wszystkiego za pomocą słów. Rękawicę tejże tendencji postanowił rzucić John Krasinski, twórca serialu “The Office”, który w przeżywającym istny renesans gatunku horroru wymyślił i powołał do życia jeden z najbardziej oryginalnych konceptów w historii.

Wydaj dźwięk, a zginiesz. To jedno zdanie, do którego szczęśliwie zastosowała się również kinowa publika, w pełni opisuje dosłownie wszystko, co warto wiedzieć przed wybraniem się na seans “Cichego Miejsca”. Jako reżyser Krasinski udowodnił, że doskonale rozumie, co tak naprawdę czyni film angażującym. Wszelkie, przekazywane obrazem a nie słowem informacje dotyczące postapokaliptycznego świata przedstawionego zostały ograniczone do niezbędnego minimum, co efektywnie nabudowało atmosferę olbrzymiego niebezpieczeństwa oraz wszechobecnej tajemnicy. Swoje zadanie świetnie spełniły także imponujące od strony wizualnej potwory, które nieustannie stanowiły odczuwalne zagrożenie dla bohaterów, a co za tym idzie również dla widza.

Krasinski po mistrzowsku poprowadził swoją obsadę (w tym i samego siebie), w szalenie subtelny sposób reżyserując ich ruchy oraz gestykulację. Kunszt, z jakim aktorzy byli w stanie wyrazić wszelkie emocje, korzystając przede wszystkim z mimiki twarzy oraz języka migowego, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Emily Blunt i John Krasinski doskonale przenieśli na ekran płynące z ich małżeństwa głębokie uczucie oraz wzajemną troskę. W rolach filmowych dzieci wspomnianej dwójki wspaniale zaprezentowali się z kolei Noah Juppe oraz Millicent Simmonds, której gra, jako że sama jest głuchoniema, była szczególnie poruszająca.

“A Quiet Place” to iście piorunująca symfonia ciszy, która za sprawą umiejętnie ograniczonej ekspozycji oraz absolutnie wybitnych kreacji aktorskich wprawia widza w całkowite osłupienie. Wielkie kino!

OCENA: 9/10

____________

Dziesięć lat konsekwentnego formowania więzi widzów z bohaterami. Dziesięć lat uniwersum skumulowane w jednym widowisku…

Zacznijmy od tego, że choć “Wojna bez granic” to bez wątpienia świetna produkcja, nie jest ona w stu procentach perfekcyjna. Częste przeskoki pomiędzy licznymi, nieco przesyconymi akcją wątkami sprawiły, że momentami czuć było ciężar tak dużej ilości postaci, które (w większości) były wykorzystywane jedynie jako pięści na “zło i występek”. Lekką gorycz pozostawiła za sobą również kwestia permanentności poszczególnych wydarzeń, których skutki mogą okazać się ostatcznie niewiele znaczące dla przyszłości uniwersum i które — jak przypuszczam — czynią kolejną część odrobinę zbyt przewidywalną.

Powyższe dwa aspekty nie zmieniają jednak faktu, iż “Infinity War” to nic innego, jak dwie i pół godziny najczystszej z możliwych rozrywek. Z licznych zachwycających elementów największy podziw wzbudził główny antagonista. Thanos okazał się być totalnym przeciwieństwem wszelkich problemów, jakie Marvel miał ze swymi złoczyńcami w przeciągu ostatniej dekady. Bracia Russo, reżyserzy filmu, doskonale poprowadzili rozwój potężnego tytana, poświęcając czas na uzasadnienie jego motywów i nadając mu przy tym wyraźnie zaakcentowaną nutę człowieczeństwa.

Tym, na co wszyscy fani czekali z olbrzymią niecierpliwością były bez wątpienia spotkania pomiędzy znanymi nam już bohaterami z różnych “drużyn”. Ich wzajemne, obfitujące w świetny humor interakcje stanowiły jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy powód, dla którego całość oglądało się z szerokim uśmiechem na ustach.

Pomimo kilku wad, rozmach i skala czynią “Avengers: Infinity War” nie tylko bardzo dobrą produkcją, ale filmowym wydarzeniem przez duże “W”. W dużym skrócie, jak to mawiał klasyk: Marvel zaorał!

Ocena: 8.5/10

_____________

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiecych protagonistek w historii popkultury powróciła na srebrny ekran. Nowa filmowa kreacja postaci Lary Croft, bezpośrednio oparta na grze komputerowej z 2013 roku, jest zgoła inna od tej, która zapisała się w umysłach widzów za sprawą kultowej roli Angeliny Jolie.

Znacznie bardziej poobijana, wrażliwsza i nieustannie walcząca o przetrwanie, Lara Croft w interpretacji Alicii Vikander nie stanowi już jedynie chodzącego ucieleśnienia męskich fantazji, ale pełnokrwistą postać. Niezaskakująco, to właśnie główna bohaterka i sposób, w jaki szwedzka aktorka powołała ją do życia okazały się być najmocniejszymi aspektami produkcji. Kombinacja wspomnianej delikatności oraz wynikającej z ciężkiego treningu wytrwałości sprawiła, że Alicia Vikander, kolokwialnie mówiąc, była po prostu czystym ogniem siły, energii i piękna.

Warto również zaznaczyć fantastycznie zrealizowany pierwszy akt filmu, który miał miejsce na ulicach Londynu. Pozbawienie Lary złotych szat lordowskich przywilejów i uczynienie z niej “szarego obywatela” było ciekawym oraz zaskakującym zabiegiem, który pozwolił widzom nawiązać z nią potężną nić sympatii.

Na ogromną pochwałę zasługuje również reżyseria scen akcji. Pomimo, iż w tego typu produkcjach główny bohater zawsze jest otoczony fabularnym skafandrem ochronnym, twórcom doskonale udało się uchwycić niebezpieczeństwo i surowość wyzwań, które stawały na drodze Lary. Charakter, klimat oraz ton przedstawionych wydarzeń były natomiast zbliżone do tych, będących nam wszystkim znanych z takich pozycji jak np. “Indiana Jones” oraz “Skarb Narodów”.

“Tomb Raider” to klasyczne kino przygodowe, w którym wspaniale wprowadzona, charyzmatyczna i niedoskonała protagonistka stanowi koło napędowe ekscytującej rozrywki.

Ocena: 8/10

___________

Wes Anderson, jeden z najbardziej kreatywnych umysłów współczesnego kina powrócił na salony kultury z dziełem oryginalnym, przyciągającym oko i prawdziwie wartościowym.

Co nie powinno nikogo zaskoczyć, najlepszym aspektem “Wyspy Psów” była jej strona wizualna. Zrealizowana z pieczołowitą dbałością o najmniejsze detale animacja poklatkowa stanowiła źródło nieustannych zachwytów. Żaden film nie mógłby zostać określony mianem “dobrego” bez ciekawych postaci, a tych — szczęśliwie — nie zabrakło.

Wszyscy czworonożni bohaterowie mieli swoje unikalne cechy charakterów, które w połączeniu z fantastyczną pracą aktorów głosowych zsumowały się na naprawdę intrygujące kreacje. Absolutnie rewelacyjnie została przedstawiona również dynamika pomiędzy psami. Ich oparte na demokratycznych wyborach działania były motorem napędowym bezpośredniego, czasami wręcz suchego humoru, który perfekcyjnie współgrał wraz ze stworzonym przez Andersona światem. Od strony emocjonalnej, ciężko przejść obojętnie obok pięknie napisanej (stanowiącej motyw przewodni całej produkcji) relacji pomiędzy psem a jego “panem”, oraz płynącej z ich wzajemnego przywiązania miłości.

Pomimo wielu zachwycających elementów scenariusz “Wyspy Psów” cierpiał z jednego konkretnego powodu. Niektóre wątki fabularne — takie jak np. ten zagranicznej uczennicy czy też ‘flashbacki’ — momentami w dość dużym stopniu spowalniały narrację. Kiedy tylko akcja skupiała się na wydarzeniach w mieście (z ludzkimi postaciami na pierwszym planie), serce, dusza i umysł natychmiast tęskniły ku psim bohaterom.

Tak czy inaczej, “Wyspa Psów” to szalenie niecodzienna oraz tętniąca wizjonerstwem pozycja, a jak wszyscy dobrze wiemy, każda taka jest w dzisiejszych czasach na wagę złota.

Ocena: 8/10

___________

Steven Spielberg, jeden z najlepszych reżyserów w historii kina (jeśli nie najlepszy), powrócił do korzeni realizując produkcję z gatunku, który dekady temu przyniósł mu wieczną chwałę i sławę. Mariaż science-fiction i przygodówki to kombinacja, w której twórca takich klasyków jak “E.T.” czy też “Jurassic Park” zawsze czuł się niczym ryba w wodzie.

“Ready Player One” to pozycja wręcz oddychająca nawiązaniami do najbardziej kultowych pozycji popkultury. Jeszcze przed premierą wiele osób obawiało się, że ich tak olbrzymia ilość szybko wywoła przesyt, psując tym samym seans. Nic bardziej mylnego! Spielberg doskonale operuje ‘easter-eggami’, które, co najważniejsze, przede wszystkim służą samej fabule. Samochód DeLorean z “Powrotu do przyszłości”, Mechagodzilla, Iron Giant oraz imponująca sekwencja z “Lśnienia” to tylko niektóre składowe, które nie są jedynie wymuszonymi ciosami nostalgii, ale integralną i istotną dla bohaterów częścią wydarzeń.

Absolutnie rewelacyjnie wypadły postaci drugoplanowe. Cały show został skradziony przez głównego antagonistę Bena Mendelsohna, a także postaci Hallidaya i Morrowa, twórców wirtualnego świata Oasis, w których wcielili się kolejno Mark Rylance oraz Simon Pegg.

Istnieje jednak pewien element, który przyczynił się do tego, iż “Ready Player One” pozostawił mnie z lekkim poczuciem niewykorzystanego potencjału. Mowa tu o dość słabym nakreśleniu przyczyn, dla których bohaterowie tak usilnie chcieli uciekać do wirtualnej rzeczywistości. Gdyby tylko twórcy przeznaczyli nieco więcej czasu na zgłębienie tegoż aspektu, widz miałby szansę znacznie bardziej zaangażować w historię na płaszczyźnie emocjonalnej.

Nie zmienia to jednak faktu, iż “Ready Player One” to kolejna bardzo dobra produkcja Spielberga, która — niczym niegdyś “E.T.” czy też “Indiana Jones” — z pewnością pobudzi wyobraźnię najmłodszych kinomaniaków.

Ocena: 8/10

___________

Źródło: @OFilmachDlaSportu

Jan Kapturkiewicz

Written by

Entuzjasta i recenzent filmowy; absolwent “Matematyki komputerowej” na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.