Historia 113: O nauce płynącej z porażek

Porażka to stygmat. Boimy się jej bardziej niż terrorystów i rozładowania baterii w iPhonie razem wziętych. Media, a przede wszystkim internet z całą tą kulturą sukcesu mierzonego fanami naszych selfie, nie są w stanie nas przygotować na porażki.

One przyjdą nieubłaganie, bo są częścią życiowej matematyki – będziesz się bardzo starać w biznesie, w życiu osobistym, w realizacji swoich planów, ale i tak w pewnym momencie wszystko trafi szlag. Nie dlatego, że robisz coś źle, tylko po prostu nie ma możliwości odnoszenia samych sukcesów: będziesz kiedyś zmęczony, rozkojarzony, popełnisz błąd, a potem to już pójdzie z górki.

Daj sobie prawo do nieperfekcyjności. Do krzywo zawiązanego krawata i kilku naczyń w zlewie. Pozwól sobie na płacz i na przyznanie się przed samym sobą, że nie zawsze idzie Ci tak, jak tego chcesz. No i skąd możesz wiedzieć, że jest Ci dobrze, skoro nigdy nie było Ci źle?

Ponieważ ostatnio na nic nie mam czasu, więc oczywiście nadrabiam na Netflixie „Star Trek: The Next Generation”, tę uroczą, nostalgiczną podróż do seriali s-f lat 90., z sir Patrickiem Stewartem w roli kapitana Picarda. Jeden odcinek dla mentalnego odpoczynku, do kolacji, w miarę możliwości codziennie:

Można nie popełnić żadnego błędu i wciąż przegrać. To nie dowód słabości, to po prostu życie.
/cpt. Jean-Luc Picard/

Z tym Was zostawiam.

To była moja sto trzynasta historia. Zostało 252 #365historii #365stories