Historia 139: O zagubionym bagażu

Czekam sobie w kawiarni, bo do odjazdu pociągu jeszcze mam trochę czasu. Zgodnie z wczorajszym wpisem spakowałem się w podręczną torbę i pokładową walizkę. I to właśnie walizka jest najbardziej wartościowa, bo gdybym ją zgubił, to musiałbym przez tydzień chodzić w tej samej marynarce — absolutnie niedopuszczalne!

Kiedyś zaliczyłem zgubienie bagażu i naprawdę nie było mi do śmiechu. Wracałem tuż przed Wigilią z Fuerteventury i przesiadałem się w Berlinie. Z uwagi na trudne warunki lot był opóźniony, ale nie spodziewałem się ani hiszpańskiej Inkwizycji (wszak właśnie z Hiszpanii wróciłem), ani tego, że porządna niemiecka linia lotnicza zostawi mój bagaż w Berlinie.

Wysiadłem spokojnie na Balicach, mijając choinki, ludzi z torbami i prezentami, cały ten przedświąteczny gwar i idę do taśmy bagażowej.

I czekam.

I czekam.

I po godzinie czekania nadal nie miałem mojego bagażu.

Nigdy nie wykorzystałem takiego repertuaru przekleństw, jak wtedy gdy definitywnie nie było już na co czekać. Wypełniłem druczek i pojechałem do domu, mając szcześliwie jedyne klucze do mieszkania w kieszeni kurtki.

A jeszcze 7 godzin wcześniej wahałem się, czy ryzykować że mi wypadną z kieszeni czy spakować je do walizki. Zaryzykowałem i dzięki temu nie spałem na mrozie. A walizkę przywiózł kurier ba drugi dzień.

To była moja sto trzydziesta dziewiąta historia. Zostało 226 #365historii #365stories