Historia 144: O Skyrim

Mam wiele gier, do których lubię wracać. Kiedy byłem w gimnazjum nie było dla mnie lepszej serii niż Age of Empires i Gothic. Miłość do Cywilizacji przyszła później, natomiast w czasach studenckich (i też— pecetowych, bo na konsolę przesiadłem się później) niekwestionowanym królem dla mnie było Elder Scrolls V: Skyrim ze studia Bethesda.

Grałem we wcześniejsze odsłony Starszych Zwojów, tj. w Morrowind i Oblivion, ale to Skyrim kupiło mnie surowym klimatem tej krainy, całą skandynawską stylistyką, pięknie spowitymi śniegiem osiedlami, ostatecznie tym wszystkim co fajne w otwartym świecie (czyli sposobie gry, w którym nie musisz podążać za głównym wątkiem, po prostu wykonywać zadania poboczne i zwiedzać świat wedle życzenia). Bądźmy szczerzy, fabuła o łowieniu smoków to była nowatorska w Gothic II, a tu się liczyło co innego. Wolność wyboru, wolność eksploracji i przede wszystkim — możliwość zagrania wielkim kotem. Khajici są super! Albo jaszczurem. Albo dzikim wikińskim Nordem. Albo ćwiczenie konkretnej umiejętności bez tych wszystkich ograniczeń, że jak jesteś magiem to nie możesz komuś przywalić dwuręcznym mieczem. Możesz, proszę bardzo, wal z całej siły kliknięcia myszką, jeśli tylko twoja postać ma odpowiedni miecz i wyćwiczoną umiejętność.

Niestety, Skryim mam tylko na platformie Steam i musiałem zaprzestać wycieczek do mroźnej krainy Nordów gdy sprzedałem PC. Było mi trochę smutno, ale na pociechę był chociaż Wiedźmin 3 ze wspaniałymi Wyspami Skellige i ich równie mocno skandynawskim dizajnem.

Ale wiecie co jest najlepsze? 28 października Skyrim wraca w zremasterowanej wersji na Playstation 4. Urlop do odwołania!

To była moja sto czterdziesta czwarta historia. Zostało 221 #365historii #365stories