Historia 161: O aplikacjach do wideorozmów

Kiedy chcesz się połączyć na wideokonferencji z dwiema osobami, które są w innych lokalizacjach niż ty, to możesz być prawie pewny, że coś pójdzie nie tak.

Otwierasz Google Calendar, gdzie jest w kalendarzu ustawione wydarzenie. Kliknięcie w odpowiedni link z zieloną kamerką od razu otwiera wideorozmowę w Google Hangouts. Wygodne gdy wszyscy jesteśmy w jednej firmie/domenie. Problem pojawia się, gdy jedna osoba nie może się podpiąć z dźwiękiem. Nie, no bo nie. Wszystko wydaje się działać, ale nikt jej nie słyszy. Bunt Google.

Zmieniasz platformę, odpalając Slacka, ale tu po pierwsze wszyscy muszą być zapisani do jednej organizacji, a po drugie trzeba opłacać abonament za płatną wersję, żeby dokonywać rozmów audio między użytkownikami. Wideo nie ma.

Chwytasz za telefon żeby wykonać tradycjną, dwudziestowieczną rozmowę telefoniczną. Tak, istnieje fajna opcja rozmów grupowych przez zwykły smartfon, ale nie przewidziałeś, że inna osoba jest w miejscu o bardzo słabym zasięgu. Słychać co czwarte słowo.

Klniesz pod nosem i odpalasz appkę Skype. Tu akurat nie powinno być problemu, ale kolega który korzysta z mniej topowego urządzenia z Androidem nie może nawiązać połączenia. “Urządzenie nie jest wspierane” — pokazuje komunikat. Klniesz, już nawet nie pod nosem. Czekasz, aż wszyscy zainstalują Facebook Messenger na swoich telefonach.

Na Mesengerze nie ma rozmów wideo między więcej niż dwoma osobami. Klniesz znowu, ale przynajmniej udaje cię się połączyć ze wszystkimi zainteresowanymi i dyskusja toczy się w najlepsze.

W tym momencie orientujesz się, że nie masz nigdzie pod ręką ładowarki.

To była moja sto sześćdziesiąta pierwsza historia. Zostało 204 #365historii #365stories