Historia 20: O opowiadaniu dobrych historii

Zazwyczaj historie kojarzą nam się z porządną konstrukcją: jest konkretny bohater, jakiś problem/akcja/podróż, rozwiązanie problemu i szczęśliwy finał. Tak działa choćby “podróż bohatera” według Josepha Campbella, taki uniwersalny ponadkulturowy przepis na dobrą historię. Wprawdzie ten schemat widać już w eposie o Gilgameszu, ale żeby udowodnić jego ponadczasowość wystarczy spojrzeć na ikony popkultury:

  • bohater ma swój normalny świat (mieszka na farmie wujostwa, jest zwyczajnym hobbitem albo ma niezbyt wygodną komórkę pod schodami),
  • pojawia się przygoda: trzeba zwrócić tajne plany rebeliantom, zniszczyć pierścień — i bohater początkowo się ku temu nie kwapi,
  • zdobywa mentora (obowiązkowo stary, biały, brodaty mężczyzna),
  • odnosi pierwsze zwycięstwo (niszczy Kamień Filozoficzny albo Gwiazdę Śmierci),
  • przechodzi najcięższą próbę (traci rękę i poznaje prawdę o ojcu, zostaje uwięziony przez orków, dowiaduje się że nosi w sobie cząstkę wroga) ale udaje mu się z uciec z pomocą przyjaciół,
  • to doświadczenie pozwala mu odblokować swój potencjał i ostatecznie zwyciężyć — pokonać Imperatora, Voldemorta albo Saurona,
  • na końcu następuje ucieczka lub zmartwychwstanie — w ostatnim momencie herosowi udaję się uciec z eksplodującej stacji lub wulkanu, albo do końca rozgryźć działanie Insygniów Śmierci,
  • bohater wraca do początku wyprawy (symbolicznego domu i/lub rodziny) i może rozpocząć normalne życie, ale zawsze będzie naznaczony doświadczeniami podróży (blizna na czole lub mechaniczna dłoń zostają na zawsze).

Jeśli szukacie sprawdzonego przepisu na epicką historię krok po kroku, to wystarczy posiłkować się Campbellem. Chyba, że jest się Ernestem Hemingway’em, wtedy możecie o tym wszystkim zapomnieć.

Hemingway założył się kiedyś, że napisze możliwie najkrótszą historię w sześciu słowach:

“Sprzedam buty dziecięce, nigdy nie noszone”.

To była moja dwudziesta historia. Zostało 345 #365historii #365stories