Historia 233: O Samokontroli przez duże S

Większa część mojej pracy może się odbywać poza biurem. Często też tak właśnie się dzieje, gdy prowadzę szkolenie w siedzibie klienta, jestem na spotkaniu w kawiarni lub wyjeżdżam na branżową konferencję. Biznes nie śpi, a maile, telefony i inne ważne sprawy nie obsłużą się same. Muszę więc potem nadganiać te drobne, irytujące sprawy (czasem nazywam je terminem “bieżączka”. Skojarzenia ze wszech miar słuszne).

Ale jak to zrobić, gdy te wszystkie maile, oferty, tabelki i pokazy slajdów przegrywają z “tylko jednym zerknięciem na Facebooka” lub “półgodzinką na Netflixie”? Bombardowani wieloma dźwiękami wiadomości czy po prostu nieustanną chęcią bycia na bieżąco musimy sięgnąć po coś, co nas od tego zgiełku odetnie.

Z pomocą, chociaż w drastycznym wydaniu, przychodzi program SelfControl (ang, samokontrola). Otóż na ustalony przez nas czas wyłącza on dostęp do ustawionych serwisów, np. Facebooka, Pinteresta, Onetu czy innych zjadaczy czasu i uwagi. Dzięki temu choćbyśmy chcieli, to nie możemy na tych stronach przesiadywać… i nie da się tego wyłączyć, dopóki nie minie zaprogramowany czas. Odinstalowanie nie pomoże, restart komputera nie pomoże — po prostu musisz się skupić na swojej pracy albo płakać w kącie (albo oszukać i sięgnąć po telefon). Wprawdzie SelfControl jest dostępny tylko na komputery Apple, ale dla użytkowników innych platform ma swoje odpowiedniki.

Jeśli uważasz, że taki program to tylko głupi wymysł leniuchów, którzy nie chcą się przykładać do swojej pracy, to zrób prosty eksperyment. Za każdym razem gdy w czasie pracy umysłowej otworzysz jakąś niezwiązaną z nią bezpośrednio aplikację, zaznacz to na kartce — kropką, krzyżykiem czy czymś innym i na koniec dnia podsumuj. Naprawdę tęgie głowy pracowały nad tym, żeby serwisy społecznościowe były dla nas uzależniające i sami nie zdajemy sobie sprawy, ile wartościowego czasu nam pożerają.

To była moja dwieście trzydziesta trzecia historia. Zostało 132 #365historii #365stories