Historia 272: O Krakowie wczesnym rankiem

Nie jestem skowronkiem i musi się zdarzyć coś dużego, żebym był poza łóżkiem w porze, kiedy piekarze zabierają się za robotę. Najczęściej jest to ekstremalnie wczesne Pendolino albo inna okazja okołoszkoleniowa, wymagająca ode mnie pojawienia się na sali na długo przed uczestnikami. Fakt, w swojej historii miałem też te dobre momenty — takie, że nie było sensu się kłaść po jakiejś imprezie, bo za godzinę i tak trzeba wstawać do pracy. Niezależnie jednak od sytuacji, jeśli mogę pospać, to śpię.

Czasem jednak bywa, że wyjdę na ulicę grubo przed ósmą, a jeśli jest to dodatkowo dzień wolny, to już w ogóle oklaski i aplauz dla mnie. I gdybym był pisarzem naprawdę, a nie tylko w mojej głowie, to zbierałbym wówczas pierwszorzędny materiał.

Każda porzucona na krakowskim bruku niedojedzona zapiekanka, kocie uszka z wieczoru panieńskiego, butelka, niedopałek i ulotka seks-klubu opowiadają swoją indywidualną historię. Za kwadrans znikną w odmętach miejskiej śmieciarki, ale teraz są osamotnionymi świadkami pamięci o wyczynach przecież nie tak odległych w czasie, ale z pewnością odległych gdy liczyć je ilością spożytego alkoholu i innych używek. Kilka godzin temu brzmiały tu śpiewy, przekleństwa, nawoływania towarzyszy, szlochy złamanych serc. Teraz ulica jest cicha i pusta, nie licząc sporadycznych przechodniów z zaspanymi oczyma i nadgorliwych japońskich turystów, już maszerujących karnym szeregiem do następnego zabytku.

Tylko gołębie są zawsze w tej samej formie, podrzucając w dziobach nadpleśniałą skórkę chleba. Na tę aktywność nigdy nie jest dla nich za wcześnie.

To była moja dwieście siedemdziesiąta druga historia. Zostało 93 #365historii #365stories