Historia 293: O tym, dlaczego szanuję musicale

Nie ufaj ludziom, którzy mówią wprost, że nie oglądają i nie lubią musicali i komedii romantycznych.

Wszyscy je oglądają, tylko niektórzy się wstydzą przyznać.

Musicale i komedie romantyczne budowane są przecież na podstawie podobnego, łatwego do przewidzenia schematu: oni najpierw się spotykają ale nie zaiskrzyło, może nawet zupełnie przeciwnie, znienawidzili się od pierwszego wejrzenia; następnie usiłują sobie nawzajem udowodnić że nic się nie stało, może nawet dają szansę komuś nudnemu – a w końcu pomimo perypetii schodzą się. Może w ostatnim momencie nim on wsiądzie do samolotu na drugi koniec świata lub ona powie „tak” stojąc przed ołtarzem z przypadkowym facetem. Fajerwerki, radość, cała sala tańczy razem z zakochanymi. Przypadkowy gość znika z widoku, nikt nawet się nie zastanawia co się z nim stało.

Dlaczego lubimy takie przewidywalne historie? Czemu zdarza nam się uronić łzę, pomimo ich wyraźnego banału? Czemu tak bardzo chcemy wierzyć w ów dobry radosny mit, że gdy Damien Chazelle funduje nam przekorne ostatnie 10 minut „LaLaLand”, to łamie nam serce w drobny mak i w amoku zaprzeczamy temu, co właśnie zobaczyliśmy na szklanym ekranie?

Otóż podświadomie przekładamy wszystkie usłyszane i obejrzane historie na naszą personalną historię. Chcemy żyć długo i szczęśliwie, chcemy galopować na białym koniu w stronę zachodzącego słońca.

Chcemy wybiegać z restauracji w paryską noc, jedną ręką trzymając ukochaną osobę, a drugą machając na pożegnanie uradowanemu kucharzowi.

A ponieważ życie tak niestety nie wygląda, jest bolesne, trudne i często szare, to podejmujemy dwie linie obrony. Obrona pierwsza to eskapizm – w komedii czy musicalu oglądamy to, czego nam brak.

Obrona druga to wyparcie i zaprzeczenie. Nie lubię i nie oglądam.

To była moja dwieście dziewięćdziesiąta trzecia historia. Zostało 72 #365historii #365stories