Historia 308: O zmianie czasu

To pewnie skutek zmęczenia po ostatnim locie. Dlatego jest mi podwójnie duszno, cały się pocę i wciągam niemożliwie wilgotne powietrze, żeby chociaż jego ruchem minimalnie schłodzić rozciągające się rytmicznie acz ociężale przewody oddechowe. Lądowanie miało miejsce wczoraj, ale w tym upale pamiętam je jak przez mgłę. Chyba jeszcze się do końca nie zaklimatyzowałem.

Podnoszę wzrok, lekceważąc pot spływający po skroniach. Słońce ostro przebija się przez gęste listowie po prawej, ale liście nie trzepocą na wietrze, bo nie ma tu żadnego wiatru. Powietrze namacalnie stoi w miejscu, przygniatając ciężarem tropikalnego żaru.

Chociaż to prawie niemożliwe, mój mózg produkuje sensowną myśl. Może pod palmami znajdę trochę ukojenia? Majaczący po tej prawej stronie rosły busz kusi i wabi cieniem. Pewnie także zestawem jadowitych mieszkańców, ale tym będę się martwił później — poza tym każdy chciałby mieć takie przeżycia, które potem mógłby anegdotycznie przywoływać w czasie kolacji w szerszym gronie, podnosząc swój status ledwie-turysty do rangi podróżnika. Ja przynajmniej ciągle tak robię, zmieniając wraz z postępem imprezy spacer na dwustumetrowy wygasły wulkan na Las Lobos w dramatyczne podejście na K2, jeśli tylko ktoś chce słuchać.

Tylko jedna rzecz mi nie pasuje w tym obrazku. Skąd w takim tropiku, z dala od większej cywilizacji, słychać rytmiczny i metaliczny stukot dochodzący zza tej wybujałej kępy zieleniny? 
Zaintrygowany wzmagającym się dźwiękiem, zbliżyłem się do roślinności. 
Odgarnąłem ręką jedną gałąź…
…do kontroli — powiedział konduktor, budząc mnie.

Oto skutki zmiany czasu na letni, zabierania mi godziny snu, opóźnionego lotu z Frankfurtu i jeszcze konieczności jechania pociągiem do Warszawy o 7:37 rano.

To była moja trzysta ósma historia. Zostało 57 #365historii #365stories