Historia 343: O Krakowie, gdy wreszcie jest zielono

Kraków można kochać lub nienawidzić, ale nie przechodzi się koło niego obojętnie. Ja jestem rzecz jasna w grupie nienawidzących, ale z jakiegoś dziwnego powodu mieszkam tu już siódmy rok i czuję się “stąd”. Bo w tych rzadkich dniach kiedy jest ciepło, słonecznie, drzewa nagle stają się zielone a poziom smogu spada tak drastycznie, że nie możesz się nadziwić że po drugiej stronie ulicy naprawdę stoją jakieś kamienice, no coś takiego, pierwszy raz widzę - Kraków zgrabnie łączy Berlin, Paryż i Rzym w jednym.

Berlin ze swoimi hipsterskimi miejscówkami, kraftowym piwem, palonymi kawami, kulturą deskorolek, rowerów i leżaków, znajduje spełnienie w rozmaitych przestrzeniach, od Zabłocia, przez kultową plażę pod hotelem Forum, aż po tętniące młode serce miasta na Dolnych Młynów.

Żeby poczuć Paryż, wystarczy wychynąć za teatr Bagatela, żeby popijać małą kawę i zagryzać rogalikami na pl. Szczepańskim, ul. Szpitalnej czy na Józefa. Może będzie nam nieco brakować lektury Le Figaro, ale z pewnością nasz gust zaspokoją mule, szampan i ratatuj.

A co z Rzymem? Kto nigdy po zmroku nie przeszedł się pod podświetlonym kościołem Piotra i Pawła, wreszcie nie zatopił zębów w wyśmienitej pizzy na Szewskiej lub na Karmelickiej. Aż prosi się ubrać dwurzędową marynarkę, białe spodnie i zajechać pod lokal swoim skuterem vespa, posyłając uśmiech południowca pięknościom siedzącym w ogródku.

I tylko czasem Kraków jest Zadupowicami Dolnymi. Na przykład gdy ucieka ci tramwaj, a następny jest dopiero za 20 minut. W centrum miasta.

To była moja trzysta czterdziesta trzecia historia. Zostało 22 #365historii #365stories