Historia 354: O dobrym kapeluszu

Kupowanie kapelusza to osobna dziedzina specjalistycznej wiedzy. Oczywiście można się zadowolić zwykłą czapką beanie (i poczuć się jak raper), można bejsbolówką (obróciwszy ją tyłem na przód znów można poczuć się jak raper) i można nawet kaszkietem (to pewnie raper-gopnik).

Ale można spróbować dodać sobie klasy i poszukać klasycznej fedory w sklepie (albo przejść się do Romana Zaczkiewicza z zasobnym portfelem). Tylko że w sklepie problemy miast się rozwiązywać, piętrzą się. I to piętrzą się w stosy niepasujących nakryć głowy. Jednym z wpisów w moim cyklu było odróżnienie fedory od trilby. Należy to dobrze przyswoić wybierając się do sieciówki, bo fedory się tam nie uświadczy. Szkoda też pieniędzy na tekturę dla niepoznaki uformowaną w kształt kapelusza i jeśli naprawdę nam zależy, lepiej jeszcze trochę oszczędzić i wybrać się do kapelusznika. Przedstawiciele tego rzemiosła już prawie zniknęli, tym fajniej zobaczyć jakiegoś przy pracy i dać mu zarobić. Pomierzymy, powybrzydzamy w materiałach, w końcu dobierzemy coś wyjątkowego, no ale też wyjdziemy z odchudzonym portfelem.

Można również poszperać w dużych outletach zagranicznych marek. Ja mój obecny kapelusz kupiłem tak właśnie — naprawdę pod wpływem impulsu. Przechodziłem wzdłuż półek i przysięgam, usłyszałem jak jedna elegancka panama powiedziała do mnie “tato”. Trzydzieści sekund później staliśmy przed lustrem, trzy minuty później wyszliśmy od kasy.

A ponieważ i tak wyglądam staro, to teraz przynajmniej wyglądam staro i nie dostanę udaru.

To była moja trzysta pięćdziesiąta czwarta historia. Zostało 11 #365historii #365stories