Historia 358: O awokado

Ludzie w moim odczuciu dzielą się na lubiących awokado i tych, którzy nigdy go nie próbowali. Okazuje się jednak, że awokado może mieć zgubny wpływ na nasze przyszłe bogactwo. Tak przynajmniej twierdzi Tim Gurner, 35-letni australijski milioner z branży budownictwa. W zalinkowanym artykule wskazuje na konieczność oszczędzania i nie folgowania zachciankom (jak tosty z awokado), jeśli się chce w dorosłości kupić dom.

Ja się z nim na płaszczyźnie prostych przyczyn i skutków absolutnie zgadzam. Domy są drogie na całym świecie. Mało kto kupuje je za gotówkę. Nawet małe oszczędności na przestrzeni wielu lat procentują i mogą stanowić wkład w wymarzone lokum — więc warto odmawiać sobie awokado, jeśli ma się założony cel inwestycyjny. Ja też odkładam i inwestuję, i często się zastanawiam czy kupić rzecz A, czy odłożyć na cel B.

Pragnę jednak przypomnieć, że wpajany nam kapitalistyczny mit, że każdy może ciężką pracą się wzbogacić i przejść ścieżkę od pucybuta do milionera — jest mitem i to bardzo szkodliwym. Jest szkodliwy dlatego, że obecny system finansowy służy pogłębianiu nierówności (bogaci się więcej bogacą, biedni biednieją jeszcze bardziej), więc nawet jeśli zaharowujesz się na śmierć, to raczej nie pracujesz na siebie. Żadne wyzywanie mnie od lewaków tego nie zmieni, są na to twarde dane. Oczywiście nadal możesz mnie wyzywać, jeśli się poczujesz dzięki temu lepiej — na zdrowie! — ale nie przybliży cię to do najbogatszego 1% nawet o centymetr. Akces do tej kasty odbywa się od wieków drogą dziedziczenia zakumulowanego majątku — nawet Donald Trump, lubujący się w kreowaniu swojego wizerunku “self-made mana” dostał na początek swojej kariery malutkie kieszonkowe od ojca, zaledwie milion dolarów.

Po drugie moje pokolenie — nazywane Millenialsami — jest przedstawiane jako roszczeniowe lenie, bo jest tak wygodnie pokoleniu naszych rodziców — czyli temu siedzącemu teraz za sterem w polityce, mediach i gospodarce. Muszę wam zburzyć tę przyjemną wizję. Realia zagraniczne znam jedynie z prasy i internetu, ale polskich Millenialsów znam osobiście. I nie dlatego pracują na śmieciówkach bo są leniwi i nie można na nich polegać w pracy, nie dlatego mieszkają do trzydziestki w wynajmowanych mieszkaniach po 5 osób i nie zakładają rodziny bo cenią sobie luźne studenckie życie, i nie dlatego nie mają oszczędności bo są rozrzutni — tylko często nie mają z czego odłożyć.

Jesteśmy pierwszym pokoleniem powojennym, któremu na wielu płaszczyznach jest… gorzej niż poprzednikom. Przez całą transformację wmawiano nam, że trzeba zagryzać zęby i najpierw się dorobić, a później będziemy się zastanawiać jak zadbać o tych, którym się nie udało. Stąd słaba służba zdrowia, brak godnej opieki socjalnej, budownictwo mieszkaniowe jako raj banków i deweloperów zalewających każdy wolny metr betonem, etat w wielu branżach jako marzenie. Nagle się okazało, że jako cała grupa społeczna jesteśmy właśnie tymi, którzy na wyścigu do kapitalizmu tracą.

Mnie nie chodzi o jakąś marksistowską utopię powszechnej równości. Raczej tylko o odwagę jasnego postawienia sprawy i spojrzenia mojemu pokoleniu w oczy. Powiedzeniu “na nic nie liczcie”, zamiast mamieniu iluzjami.

To była moja trzysta pięćdziesiąta ósma historia. Zostało 7 #365historii #365stories