Historia 44: O nakryciach głowy na lato

Ponieważ był już wpis o dobrych i złych kapeluszach, to czas na przegląd praktycznych nakryć męskiej głowy. Z góry zastrzegam, że są osoby, które wprost urodziły się do noszenia kapelusza i takie, które niezależnie od fasonu będą w nim wyglądać źle. Dlatego nie bierzcie moich słów jako absolutnej wyroczni, a raczej krótką ściągawkę i eksperymentujcie sami.

  1. Panama — lekki kapelusz wykonany z południowoamerykańskiej trawy (najlepsza jest ekwadorska). Przewiewny i tak zmyślnie zrobiony, że można go zamoczyć albo zrolować i wsadzić do kieszeni, a i tak wróci do dobrego kształtu. Doskonały do lnianych garniturów, szortów, koszulek polo.
  2. Bejsbolówka — czapka dzisiaj strasznie wykoślawiona przez fason full-cap, kojarzący się raczej z kulturą gangsta niż dobrym stylem, a przecież jej sportowe zacięcie dobrze zgrywa się ze strojami na lato i modą preppy: chinosy, koszule madras i oxford, mokasyny i buty żeglarskie, a nawet warkoczowe swetry na zimne wieczory nad jeziorem. Idealna do sportu i rekreacji. Ważne żeby była w stonowanych kolorach, miała niewielkie logo lub wcale, oraz żeby jej daszek był gięty — i noszony nad czołem, a nie na karku.
  3. Bucket hat — kojarzony głównie z wędkarzami i polecałbym go raczej jako osłonę od słońca w czasie spędzania czasu wolnego nad wodą, bo do niczego poza szortami i t-shirtem (albo zieloną kamizelką z kieszeniami na spławiki) nie będzie pasował.
  4. Lekki kaszkiet — w jasnych kolorach i z bawełny lub lnu. Wiem że kaszkiety ciągle kojarzą nam się ze stylem naszych dziadków albo woźnicą, ale można je dobrze skomponować ze strojem, o ile nie jest on zbyt formalny (czyli do garnituru odpada, ale jeśli wybierasz się np. na pole golfowe to czemu nie).
  5. Bandana — chociaż nie jest kapeluszem, to w obliczu zagrożenia udarem każda osłona głowy jest na wagę złota, a elegancja schodzi na dalszy plan.
    Dobra w góry lub na koncert w plenerze.

To była moja czterdziesta czwarta historia. Zostało 321 #365historii #365stories