Historia 48: O spadającym telefonie
Dzisiaj całe życie przeleciało mi w ułamku sekundy.
To był ten ułamek sekundy, kiedy przez moją niezdarność iPhone płynnym ruchem wyślizgiwał mi się z ręki, wykonując salto w powietrzu. Prawie go zatrzymałem, niestety niezdarnie podbijając telefon do kolejnego obrotu i wsłuchując się w rytmiczne uderzenia serca w uszach — ale zamiast jednym zdecydowanym chwytem na nowo ukonstytuować jego obecność w mojej dłoni, to tylko nadałem mu jeszcze większą energię.
Kolejne salto w powietrzu i telefon nieubłaganie zbliża się do posadzki, kiedy moje ręce machają na oślep jak skrzydła upośledzonego motyla, asynchronicznie i w przeciwstawnych kierunkach. Przeklinając Isaaca Newtona usiłuję jeszcze chwycić urządzenie w ostatnim dzikim akcie zanurkowania nad podłogę, ale daremnie.
Przed oczami miga mi kalejdoskop: szkoła, rodzice, pierwszy pocałunek, pierwszy dzień w pracy. Z niebywałą gracją, niczym skomplikowany marsjański łazik odpalający silniki hamujące, iPhone obraca się w ślizgowym locie ekranem do dołu i wykonując jeszcze dwa podbicia jak kamień o taflę jeziora z impetem wali o ziemię.
Bum. Bum. Szzz. Bum. Bum. Szzz. To moje serce uwięzione w gardle.
Odwracam iPhone’a i widzę siatkę pęknięć pokrywającą cały przód, niczym efekt pracy upartego tłustego pająka.
Wypuszczam powietrze.
A potem podnoszę telefon, ściągam ochronne szkło z niedraśniętego ekranu i po prostu zakładam nowe — bo jeśli wydajesz ciężko zarobione tysiące na nowego smartfona, a szkoda ci dodatkowych paru złotych na jego odpowiednią ochronę, to zwyczajnie jesteś pacanem.
To była moja czterdziesta ósma historia. Zostało 317 #365historii #365stories